W listopadzie na Śląsku wraca zapomniany zwyczaj. Dawniej znała go niemal każda rodzina

Dawniej był jednym z najważniejszych dni jesieni, a w wielu śląskich domach przygotowania do niego rozpoczynały się znacznie wcześniej. Na stołach pojawiała się wyjątkowa potrawa, rodziny zasiadały do wspólnego obiadu, a z pozostałości po uczcie próbowano nawet przepowiadać pogodę na nadchodzącą zimę. Dziś ten listopadowy zwyczaj jest znacznie mniej popularny, choć powoli wraca do łask. Mowa o tradycji związanej ze świętym Marcinem, którą niegdyś pielęgnowano również na Górnym Śląsku.

Rodzina siedzi przy zastawionym stole w dawnym mieszkaniu. O śląskich tradycjach na św. Marcina czytaj w Eska Śląskie.
Autor: Fototeka Śląska/ Materiały prasowe

Listopad na Śląsku niegdyś wyglądał zupełnie inaczej. Zanim rozpoczęły się przygotowania do Bożego Narodzenia, mieszkańcy regionu obchodzili dzień świętego Marcina. Przypadające 11 listopada święto miało nie tylko religijny, ale również rodzinny i kulinarny charakter. W wielu domach przygotowywano wówczas prawdziwą ucztę, a na stole królowała pieczona gęś.

Dziś zwyczaj ten kojarzy się przede wszystkim z Wielkopolską i słynnymi rogalami świętomarcińskimi. Mało kto jednak pamięta, że również na Śląsku dzień świętego Marcina zajmował ważne miejsce w dawnym kalendarzu obrzędowym.

Szczególnie silnie tradycja ta była zakorzeniona na Śląsku Cieszyńskim i w Beskidach. Jak opisuje portal Śląskie Smaki, w nizinnych miejscowościach Śląska Cieszyńskiego zapraszano najbliższych na uroczysty obiad, którego głównym daniem była gęś pieczona w dużej brytfannie, w tradycyjnym piecu.

Na świętego Marcina pieczono gęś. Tak wyglądała dawna śląska tradycja

Skąd wzięło się przekonanie, że właśnie 11 listopada należy podawać gęsinę? Odpowiedź kryje się zarówno w dawnych zwyczajach gospodarskich, jak i w legendzie związanej ze świętym Marcinem z Tours.

Według jednej z opowieści Marcin, chcąc uniknąć objęcia godności biskupa, ukrył się wśród gęsi. Ptaki miały jednak zdradzić jego kryjówkę głośnym gęganiem. Z czasem gęś stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli tego świętego.

Znaczenie miała również pora roku. Listopad był okresem kończenia prac polowych i przygotowywania zapasów na zimę. Gęsi, tuczone przez poprzednie miesiące, właśnie wtedy nadawały się najlepiej do przygotowania świątecznej pieczeni.

Dawniej mawiano: „Na świętego Marcina najlepsza gęsina”. W wielu rodzinach był to jeden z ostatnich wystawnych posiłków przed rozpoczynającym się okresem adwentowego postu.

Gęś miała przepowiadać pogodę. Ślązacy wierzyli w niezwykłe znaki

Z listopadowym świętem wiązały się również liczne przesądy i wróżby. Jednym z najbardziej niezwykłych był zwyczaj przewidywania pogody na podstawie kości upieczonej gęsi.

Po zakończonym posiłku dokładnie oczyszczano kość piersiową ptaka i przyglądano się jej zabarwieniu.

Według dawnych wierzeń jasna kość zapowiadała suchą zimę, natomiast ciemniejsze, sinawe lub czerwone zabarwienie miało zwiastować bardziej deszczową i nieprzyjemną aurę.

Wierzono także, że dzień świętego Marcina jest symbolicznym początkiem zimy. Stąd popularne przysłowie: „Od świętego Marcina zima się zaczyna”.

Oczywiście takie przepowiednie nie mają naukowego uzasadnienia. Są jednak interesującym świadectwem tego, jak dawni mieszkańcy regionu próbowali odczytywać pogodę z obserwacji przyrody i codziennych zwyczajów.

Po świętym Marcinie ziemia miała odpoczywać. Dawniej przestrzegano tej zasady

Dzień świętego Marcina wyznaczał również ważną granicę w kalendarzu rolniczym. Zgodnie z dawnymi wierzeniami mieszkańców Górnego Śląska do 11 listopada należało zakończyć prace na polach. Później ziemia powinna odpoczywać, dlatego nie należało jej już naruszać.

Tego dnia zaprzestawano także pracy w młynach, a zwierzęta gospodarskie po raz ostatni przed zimą wypuszczano na pastwiska.

Wieczorem bydło sprowadzano do obór. W niektórych miejscowościach posługiwano się przy tym gałązką brzozową lub świerkową, nazywaną „marcinką”.

Dla dawnych mieszkańców Śląska nie był to więc wyłącznie dzień świątecznego obiadu. Symbolizował zakończenie pewnego etapu roku i rozpoczęcie przygotowań do zimowych miesięcy.

Quiz z gwary śląskiej. Tylko prawdziwy Ślązak zdobędzie komplet punktów
Pytanie 1 z 10
Na śląsku, na oficjalne wydarzenie, będzie potrzebny ancug, czyli...?

Śląska tradycja powoli wraca. W niektórych miejscowościach przetrwała do dziś

Choć zwyczaj przygotowywania gęsiny na 11 listopada nie jest dziś tak powszechny jak dawniej, pamięć o świętym Marcinie wciąż pozostaje żywa w wielu śląskich miejscowościach.

W Krzanowicach, Owsiszczach czy Krzyżanowicach organizowane są pochody świętomarcińskie. Ich uczestnicy mogą zobaczyć postać świętego na koniu oraz inscenizację nawiązującą do legendy o podzieleniu się płaszczem z ubogim człowiekiem.

Obchodom towarzyszą spotkania mieszkańców, poczęstunki i tradycyjne wypieki. W niektórych miejscach pojawia się również gęsina i rosół przygotowany na jej bazie.

Jak wskazują opracowania Instytutu im. Wojciecha Korfantego, obecne na Górnym Śląsku pochody świętomarcińskie są stosunkowo młodą formą świętowania, rozwijaną między innymi od lat 90. XX wieku. Starsze korzenie mają natomiast same zwyczaje gospodarskie i kulinarne.

Dawniej listopadowa uczta była okazją do spotkania całej rodziny, wspólnego świętowania i podsumowania kończącego się roku gospodarczego.

Dziś, kiedy 11 listopada obchodzimy przede wszystkim Narodowe Święto Niepodległości, warto pamiętać również o tej mniej znanej części śląskiego dziedzictwa.

Bo choć od czasów, gdy pieczona gęś była jednym z symboli listopada, zmieniło się niemal wszystko, niektóre tradycje wciąż mają szansę przetrwać – chociażby dzięki wspomnieniom starszych mieszkańców i rodzinnym przepisom przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

 

ROLKI