W środę mija 20. rocznica jednej z największych katastrof budowlanych w historii Polski. W sobotę, 28 stycznia 2006 roku, w pawilonie nr 1 na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich odbywała się ogólnopolska wystawa gołębi pocztowych. Około godziny 17:15 dach hali, obciążony grubą warstwą śniegu i lodu, runął na znajdujących się w środku ludzi. Zginęło 65 osób, a ponad 140 zostało rannych. Na kilka dni przed rocznicą niektórzy z poszkodowanych i bliskich ofiar podzielili się swoimi wspomnieniami.
Zbigniew Wełmiński: Żyję po raz trzeci
Zbigniew Wełmiński to prawdopodobnie ostatnia żywa osoba, którą ratownicy wydobyli z rumowiska. Pod grubą warstwą stali i śniegu spędził ponad pięć godzin, przetrwał w 30-centymetrowej luce pomiędzy zawaloną konstrukcją a podłożem. Walący się dach uszkodził mu kręgosłup i wyrwał nogę ze stawu biodrowego. Miał więcej szczęścia niż jego dwaj koledzy – Węgier i Belg, którzy zginęli na miejscu.
Do pawilonu wszedł zaledwie kilkanaście minut przed katastrofą. - Bardzo spieszyłem się, żeby zdążyć na te targi z Krakowa. No i zdążyłem... - opowiadał. Jak wspomina, dach runął w ułamku sekundy. Po chwili zapanowała cisza i ciemność. - Dopiero po pewnym czasie odezwały się jakieś głosy. Jakaś pani powiedziała: „Ludzie, ja nie mam nóg”. Horror – opowiada. W pamięci zapadł mu ratownik, który przez wąski otwór złapał go za rękę. - Wszystko się osuwało i powiedziałem mu, żeby tę rękę zabrał, bo mu ją za chwilę obetnie. Odpowiedział, że będzie mnie za nią trzymał do końca. To mnie bardzo zmobilizowało. Myślałem, że głupio byłoby, bo człowiek tak fajnie sobie umiera, a z drugiej strony szkoda tego chłopa. Ci ratownicy to byli niewiarygodnie fantastyczni ludzie – podkreślił.
Dziś, po latach i kolejnych problemach zdrowotnych, podsumowuje krótko: - 20 lat to dużo czasu, a czas wszystko zaciera, leczy. Ja samej katastrofy nie rozpamiętuję, bo to jałowe. W międzyczasie miałem udar, więc można powiedzieć, że żyję po raz trzeci.
ZOBACZ ZDJĘCIA Z AKCJI RATOWNICZEJ
Aleksander Malcher: Cały świat nam się zawalił
Aleksander Malcher w katastrofie stracił dwóch braci - Andrzeja i Zbigniewa. Obaj byli hodowcami gołębi i pasjonatami. Pan Aleksander, pracownik pogotowia ratunkowego, o tragedii dowiedział się z telewizji, a chwilę później odebrał telefon z pracy z wezwaniem do akcji ratunkowej w MTK. Pojechał ratować innych, nie wiedząc, że pod gruzami są jego bracia.
Do dziś ma przed oczami obraz z wnętrza hali. - Z zewnątrz wyglądało, jakby nic się nie stało. Dopiero, kiedy wszedłem do środka, nogi się pode mną ugięły. Sterta żelastwa na ziemi, lodu, śniegu, ludzie zaplątani w zawalonej konstrukcji. Straszny obraz, nie da się tego wymazać – podkreślił. Mimo upływu lat, ból nie mija. - Dwóch braci odeszło, najstarszy i najmłodszy, i cały świat nam się zawalił. Do dziś nie możemy się pozbierać – opowiadał. Podobnie jak pan Zbigniew, czuje żal do państwa za postawę w sprawie zadośćuczynień. - Mam odczucie, że w tym samym państwie są równi i równiejsi, ludzie różnych kategorii. Odczuwam niesmak – skwitował.
Mieczysław Ropelewski: Tej traumy nikt nie zabierze
Dla Mieczysława Ropelewskiego katastrofa była niewyobrażalną tragedią. Stracił pod gruzami aż pięć osób z najbliższej rodziny - żonę, córkę, wnuka, zięcia i pasierba. Dziś, po latach, jego największym celem stało się wychowanie wnuków, które zostały po zmarłej córce. - Opowiem tylko tyle, że udało mi się dobrze wychować wnuki. Wnuczka jest po magisterce z dietetyki, wnuk jest w Londynie, jest stewardem na liniach brytyjskich, też studia skończył. Udało mi się ich wyprowadzić na prostą, chociaż tej traumy nikt im niestety nie zabierze – podkreślił w rozmowie.
Zdzisław Karoń: Nie chcę, by inni musieli to przeżywać
Zdzisław Karoń, działacz Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, w wyniku obrażeń kręgosłupa był sparaliżowany i poruszał się na wózku. Trauma po katastrofie towarzyszy mu do dziś. - Żeby ludzie widzieli, co może człowiek człowiekowi zgotować na tej ziemi przez swoją niewiedzię, przez swoje zaniedbania. Nie chciałbym, żeby coś takiego się powtórzyło, żeby inni musieli przeżywać to, co ja przeżywałem – zaznaczył. Po katastrofie jego życie wypełniły ból i niemoc, a także lęki. - Nawet po 20 latach w człowieku siedzi to wszystko. Wystarczy iskierka, by wszystko wybuchło na nowo – powiedział. Ulgę i siłę do życia dała mu rodzina. W marcu 2006 roku urodziła mu się druga wnuczka. - Przeżyłem dlatego, żeby móc ją widzieć i cieszyć nią – zaznaczył. Dziś ma już troje prawnuków i małą, przydomową winnicę. - Trzeba żyć do przodu – podsumował.
Zebrał: Krzysztof Konopka PAP