Spis treści
Zasypany Alojzy Piontek przetrwał 7 dni. Zbawienny okazał się kask
Historią uwięzionego pod ziemią pracownika kopalni ekscytował się cały kraj. Chociaż ratownicy zapewniali o prowadzeniu poszukiwań do samego końca, mało kto dawał wiarę, że po upływie tak długiego czasu ktokolwiek zdoła przetrwać w ekstremalnych warunkach. Ostatecznie na Śląsku doszło do absolutnego cudu, który wpisał się w historię krajowego górnictwa.
Trzydziestosiedmioletni Alojzy Piontek, zatrudniony w zabrzańskiej kopalni Mikulczyce-Rokitnica, został uwięziony na głębokości 780 metrów, gdzie spędził okrągły tydzień bez jedzenia i picia. Aby oszukać śmierć z pragnienia, pił z własnego kasku mocz, a gigantyczny głód próbował zagłuszyć żuciem drewnianych elementów. Cały ten czas przebywał w absolutnym mroku, przytłoczony napierającymi zewsząd zwałami skał i łupków, których nacisk wynosił setki ton na metr kwadratowy.
Dramat rozegrał się 23 marca 1971 roku tuż po godzinie 16:00, gdy potężne tąpnięcie zniszczyło wyrobisko. Zawał odciął drogę ucieczki dziewiętnastu pracownikom kopalni. Ekipy ratownicze błyskawicznie ruszyły na pomoc, ale w pierwszej fazie akcji zdołano ewakuować tylko ośmiu mężczyzn, którzy znajdowali się stosunkowo blisko bezpiecznej części chodnika.
Następne doby zamieniły się w rozpaczliwą walkę z upływającym czasem. Ze względu na skrajnie niebezpieczne warunki, ratownicy musieli własnymi rękami odgruzowywać zniszczone korytarze. Po upływie 48 godzin natrafiono na zwłoki Maksymiliana Czapli, a ciała kolejnych zmarłych wydobyto dopiero w piątym dniu poszukiwań. W regionie ogłoszono żałobę, a szanse na odnalezienie kogokolwiek żywego spadły niemal do zera.
Wypadek w kopalni Mikulczyce-Rokitnica. Zdeterminowany ratownik słyszał stukanie
Wbrew mrocznym prognozom, część ekipy poszukiwawczej wciąż wierzyła w sukces operacji. Ratownik Stefan Stelmachowicz stanowczo twierdził, że dobiegają do niego rytmiczne odgłosy uderzeń z głębi zawału. Mężczyzna tak mocno forsował mordercze tempo prac, że przełożeni musieli odsunąć go od działań ratowniczych, uznając jego zachowanie za brawurowe i zagrażające bezpieczeństwu pozostałych członków zastępu.
W stronę uwięzionego mężczyzny systematycznie przebijały się dwa niezależne zespoły, drążąc przejścia z dwóch stron zawalonego korytarza. W pewnej chwili do uszu jednego z poszukujących dotarł bardzo cichy ludzki głos. Kiedy ratownicy zbliżyli się do źródła dźwięku, wyraźnie usłyszeli dramatyczny apel zasypanego.
„Pomóżcie mi, bo nie mogę stąd wyjść”
Kontakt z ocalałym Alojzym Piontkiem nawiązano dokładnie 158 godzin po tragicznym wstrząsie. Mężczyzna przebywał w rejonie chodnika 508, a jego ruchy skutecznie blokował między innymi zwykły trzonek od łopaty. Górnik heroicznie próbował się oswobodzić, drapiąc przeszkodę fragmentem swojej lampki, co ostatecznie pozwoliło mu wczołgać się do małej szczeliny, w której doczekał nadejścia pomocy.
Poszkodowany do samego końca wierzył w szczęśliwy finał poszukiwań. Jak później wspominał, całkowicie zgubił rachubę czasu i myślał, że od momentu tąpnięcia minęło zaledwie kilkanaście godzin. Po wydobyciu na powierzchnię oświadczył zaskoczonym ratownikom, że pracuje na wczorajszej zmianie, a chwilę później zapytał o wynik pucharowego meczu Górnika Zabrze z drużyną Manchesteru City w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów.
Poniżej można zapoznać się z archiwalnymi fotografiami dokumentującymi niesamowitą akcję ratunkową ocalałego Ślązaka.
Alojzy Piontek ocalał po siedmiu dniach. Górnik nigdy nie zjechał pod ziemię
Uratowanego mężczyznę przetransportowano na zewnątrz na noszach medycznych. Był w pełni przytomny, chociaż z jego organizmu uszły niemal wszystkie siły. Ekipa zasłoniła mu oczy, by uchronić odzwyczajony od światła wzrok, i natychmiast podała wodę do picia. Piontek wielokrotnie podkreślał później, że życie uratował mu wyłącznie jego roboczy kask, w którym gromadził mocz, co zapobiegło fatalnemu w skutkach odwodnieniu.
Szczęśliwy finał tych dramatycznych poszukiwań ochrzczono w mediach mianem „zabrzańskiego cudu”. Nigdy wcześniej w historii przemysłu wydobywczego nie zdarzyło się, by uwięziony pracownik przetrwał pod zwałami ziemi tak długi czas. Alojzy Piontek błyskawicznie stał się wielkim symbolem niezłomności i nadludzkiej woli przetrwania w obliczu pewnej śmierci.
Koszmarne doświadczenia sprawiły, że mężczyzna definitywnie zakończył swoją karierę w górnictwie i już nigdy więcej nie wrócił do pracy pod ziemią. Powód swojej życiowej decyzji argumentował niezwykle obrazowo i stanowczo.
„Nie wchodzi się dwa razy w paszczę diabła”
Państwo przyznało mu świadczenie rentowe w związku ze stwierdzonym potężnym urazem psychicznym oraz nabytą chorobą zawodową. Bohater tej niesamowitej historii zmarł w październiku 2005 roku, dożywając siedemdziesięciu lat. Został pochowany na cmentarzu w zabrzańskiej dzielnicy Rokitnica.