Spis treści
- Do tajemniczego zniknięcia Doroty doszło w nocy 18 października 2016 roku w niemieckiej miejscowości Selfkant (Nadrenia Północna-Westfalia). Po latach wyszło na jaw, że za jej zaginięciem stoi mąż, który dopuścił się morderstwa.
- Manfred G. utrzymywał, że małżonka opuściła dom po awanturze i zerwała kontakt. Krewni zaginionej od początku nie wierzyli w wersję przedstawianą przez mężczyznę, dostrzegając w niej luki.
- Przełom nastąpił w sierpniu 2024 roku podczas policyjnego przeszukania posesji w Geilenkirchen-Gillrath. Funkcjonariusze wykopali worek z ludzkimi szczątkami, a badania DNA potwierdziły tożsamość Polki.
Rozpad związku i inwigilacja. Manfred śledził żonę nadajnikiem GPS
Polka i jej mąż, Manfred G., zamieszkiwali wspólnie w zachodnich Niemczech, lecz ich relacja od dłuższego czasu chyliła się ku upadkowi. Kobieta nawiązała relację z innym partnerem i planowała wyprowadzkę, zabierając ze sobą syna. Zazdrość popchnęła Manfreda do desperackich kroków - podejrzewając niewierność, ukrył w torebce żony lokalizator GPS, który ta jednak zdołała odnaleźć.
Rodzina natychmiast podważyła scenariusz o dobrowolnym odejściu Doroty. W domu pozostały przedmioty niezbędne jej do funkcjonowania, takie jak okulary czy torebka, a co najważniejsze - nie zabrała ze sobą ukochanego, siedmioletniego syna Konrada, wracającego następnego dnia z wyjazdu. Mimo zatrzymania i przeszukania nieruchomości przez policję, brak twardych dowodów sprawił, że Manfred G. pozostał na wolności.
Determinacja Polonii w poszukiwaniach. Joanna Balla o zachowaniu męża
Tragiczna historia Polki poruszyła lokalną społeczność. Na czele obywatelskich poszukiwań stanęła Joanna Balla (49 l.), która, mimo że nie znała wcześniej ofiary, poczuła wewnętrzny obowiązek działania.
„Szukałam jej, bo zawsze myślę, że gdyby takie coś mnie spotkało, też chciałabym żeby mnie szukano. Postanowiłam sobie też, że muszę odnaleźć mamę tego chłopca” - mówiła „Super Expressowi” pani Joanna.
„Mogę dziś powiedzieć, że Dorotę poznałam już po zaginięciu - rozmawiałam z ludźmi którzy ją znali, chodziłam tam, gdzie ona lubiła bywać, poznałam jej syna i męża oraz całą rodzinę” - dodawała kobieta w rozmowie z reporterem „SE”.
Pani Joanna wielokrotnie konfrontowała się z Manfredem. Zwróciła uwagę, że jego opowieść o dniu zaginięcia była nienaturalnie spójna i niezmienna.
„Miał tamten dzień wyuczony na pamięć. Zawsze mówił to samo, nigdy się nie pomylił, nawet nie zająknął. Jeszcze kilka miesięcy temu proponował, że da pieniądze na detektywa” - opowiada pani Joanna.
Krytycznego dnia mąż sprawdził telefon Doroty bez jej zgody, odkrywając intymne zdjęcia wysłane do nowego partnera. Wybuchła awantura, w trakcie której – według relacji Manfreda - wyrzucił on żonę z domu. Miał wtedy gorączkę i rzekomo zasnął tuż po jej wyjściu.
„O to była kłótnia. On twierdził, że się zdenerwował i kazał jej wypier... Ona miała powiedzieć »jestem duża dziewczynka, poradzę sobie« i opuścić mieszkanie. A ponieważ on miał gorączkę, to zaraz po jej wyjściu zasnął i nie wychodził już z domu” - relacjonowała Joanna, która postanowiła zwrócić się o pomoc do detektywa.
Ustalenia Arkadiusza Andały. Monitoring podważył alibi mordercy
Do sprawy włączył się Arkadiusz Andała, detektyw z Chorzowa, który błyskawicznie wykrył nieścisłości w zeznaniach męża. Śledczy dotarli do nagrań z kamer, które jednoznacznie obalały alibi Niemca. Pojazd Manfreda G. opuścił posesję po godzinie 23:00, choć mężczyzna zarzekał się, że nie wychodził z domu. Mimo przekazania tych dowodów policji, służby uznały materiał za niewystarczający do postawienia zarzutów bez odnalezienia zwłok.
„Teraz wszyscy mówią, że od razu podejrzewali Manfreda, ale wtedy była to jedna z wersji. Ja zakładałem, że mógł udusić kobietę, a ciało ukrył. Dziś wiadomo, że miałem rację. A informacji zaginionej Dorocie otrzymywaliśmy mnóstwo. Że została sprzedana do burdelu, że widziano ją tam, a tam, wreszcie, że uciekła od Manfreda do kochanka. To było też ochoczo powtarzane przez samego Manfreda G. On wmawiał to synkowi. »Mama cię zostawiła i poszła sobie” - opowiadał detektyw.
Według hipotezy detektywa, do zbrodni doszło w domu w Selfkant, a ciało zostało wywiezione jeszcze tej samej nocy. To tłumaczyłoby, dlaczego policyjne przeszukanie nie przyniosło żadnych rezultatów.
„Myślę, że wywiózł je tego samego wieczora, prawdopodobnie było w samochodzie, który nagrały kamery monitoringu. To dlatego podczas przeszukania policja niczego nie znalazła” - przekonywał detektyw.
Przypuszczenia prywatnego śledczego były zbieżne z linią niemieckiej prokuratury. Śledczy zza Odry również podejrzewali najgorsze. Ustalono, że sprawca udusił ofiarę, a następnie zapakował ciało do szczelnego worka budowlanego, co pozwoliło mu na wielokrotne przenoszenie zwłok bez ryzyka ujawnienia zapachu.
Dwa domy i makabryczne odkrycie. Wyrok dla Manfreda G.
Kluczowym błędem sprawcy okazały się kwestie finansowe. Po przeprowadzce do Geilenkirchen-Gillrath, Manfred nie sprzedał poprzedniego domu w Selfkant, mimo że borykał się z problemami z pieniędzmi. Utrzymywanie dwóch nieruchomości wzbudziło podejrzenia organów ścigania. W sierpniu 2024 roku funkcjonariusze weszli na teren nowej posesji mężczyzny, gdzie odkopali worek zawierający ludzkie szczątki, które zidentyfikowano jako ciało Doroty.
„Niemiecka policja wiedziała, że mąż zaginionej ma kłopoty finansowe. Dlaczego zatem ponosił wydatki za dwa mieszkania? Myślę, że objęli go dyskretną obserwacją” - stwierdził Andała.
Manfred G. trafił do aresztu z zarzutem zabójstwa. Sąd wydał wyrok 14 marca 2025 roku, skazując go na dożywocie. Mężczyzna będzie mógł ubiegać się o warunkowe zwolnienie dopiero po upływie 15 lat. Zamordowana Polka spoczęła na cmentarzu w Radlinie na Górnym Śląsku.