Spis treści
- Dramat na ulicy Leszczynowej. Eksplozja zabiła osiem osób
- Sąd Apelacyjny w Katowicach ocenia przyczyny wybuchu gazu
- Śledczy z Bielska-Białej chcą wyższych kar. Widzą winę umyślną
- Bliscy ofiar ze Szczyrku liczą na szybki koniec procesu
- Surowe kary więzienia i wieloletnie zakazy dla budowlańców
- Szczegóły akcji ratunkowej w Szczyrku po wybuchu gazu
- Wspomnienie zmarłej rodziny. Znali ich wszyscy w okolice
Dramat na ulicy Leszczynowej. Eksplozja zabiła osiem osób
Poteżna detonacja gazu, do której doszło 4 grudnia 2019 roku, dosłownie zrównała z ziemią trzykondygnacyjny, solidny budynek mieszkalny. Pod gruzami zginęło osiem osób tworzących wielopokoleniową rodzinę – w tym czworo dzieci, ich rodzice oraz dziadkowie. O dramatycznych chwilach w ten sposób opowiadała jedna z okolicznych mieszkanek Szczyrku:
Polecany artykuł:
Ja byłam na strychu, gdy wybuchło. Aż mnie rzuciło. Taki był podmuch. Nie wiedziałam, co się dzieje, czy to u mnie, czy gdzie indziej, dopiero po chwili zobaczyłam, że dom sąsiadów przestał istnieć.
Służby ratownicze pracowały na miejscu tragedii przez niemal dwadzieścia godzin, odgruzowując teren przy użyciu własnych rąk, bez wsparcia ciężkiego sprzętu. Ratownikom udało się błyskawicznie zidentyfikować zaledwie dwa ciała, natomiast tożsamość pozostałych ofiar musiano potwierdzać za pomocą specjalistycznych badań DNA.
Polecany artykuł:
Sąd Apelacyjny w Katowicach ocenia przyczyny wybuchu gazu
Na ogłoszeniu wyroku zabrakło samych oskarżonych, jednak w ławach zasiedli członkowie rodziny zmarłych: Katarzyna K., Patrycja K. oraz Krystyna J.-H. Przewodniczący składu orzekającego, sędzia Paweł Kudelski, zwrócił szczególną uwagę na dramatyczny stan dokumentacji oraz fatalny sposób prowadzenia prac ziemnych:
- To była rozbudowa sieci gazowej. Taka była wydana zgoda, jej częścią tylko było wykonanie przyłącza gazowego. Od początku inwestycji dochodzi do rażących zaniedbań w dokumentacji, jak i w wykonywanych pracach. Częstokroć najpierw wykonywano prace, a dopiero potem sporządzano dla nich dokumentację.
W uzasadnieniu wyroku przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości wypunktował konkretne zaniedbania technologiczne i proceduralne ze strony robotników.
- Odcinek instalacji drążono przy pomocy tak zwanego „kreta”, czyli maszyny charakteryzującej się ogromną niedokładnością.
- Zatrudnieni na miejscu fachowcy dysponowali sprzętem do lokalizowania rur, jednak z niego nie skorzystali.
- Cała ekipa miała pełną świadomość, że w ziemi znajduje się czynny gazociąg.
- Wiedza o tym, że gaz jest, że płynie, była. Wiedzieli o tym pracownicy, wiedział ich szef i pozostali oskarżeni. Mimo że oskarżeni twierdzą inaczej, nikt nie zataił, że płynie tam gaz.
Robotnicy nie przerwali wiercenia nawet w momencie, gdy zniszczyli rurę z wodą, a późniejsze papiery dotyczące inwestycji zostały z premedytacją usunięte:
- Nawet wówczas, wiedząc, że ‘kret’ uszkodził podziemną infrastrukturę, kontynuowano prace – podkreślił sędzia.
Ostateczne kary okazały się łagodniejsze niż żądała tego prokuratura, ponieważ skład sędziowski wykluczył celowe działanie sprawców tragedii:
- To było nieumyślne sprowadzenie katastrofy w postaci wybuchu gazu. Sprawa jest wynikiem splotu wielu przyczyn. Tym niemniej oskarżeni powinni jednak przewidywać, że może dojść do katastrofy.
Śledczy z Bielska-Białej chcą wyższych kar. Widzą winę umyślną
Szef Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej, Paweł Bania, podkreślił w swoim wystąpieniu, że oskarżyciele absolutnie nie zgadzają się z kwalifikacją czynu, jaką przyjął wymiar sprawiedliwości w pierwszej instancji. Śledczy stoją na stanowisku, że sprawcy dopuścili się przestępstwa z zamiarem umyślnym, a przynajmniej ewentualnym, odrzucając tym samym tezę o przypadkowym błędzie. Aby poprzeć swoje stanowisko, przedstawiciele prokuratury zaprezentowali długą listę dowodów świadczących o pełnej świadomości ryzyka po stronie budowlańców.
W efekcie oskarżyciel publiczny zażądał uwzględnienia wniesionej apelacji oraz znaczącego podwyższenia zasądzonych wyroków, aby kara była adekwatna do rozmiaru tragedii. Oczekiwania te odnoszą się w równej mierze do właściciela przedsiębiorstwa budowlanego, jak i do podwładnych obsługujących maszynę wiertniczą. W przypadku kierownika robót śledczy wnioskują o posłanie go za kratki na pełne 10 lat, z kolei dla dwójki operatorów „kreta” domagają się odpowiednio mniejszych wyroków.
Jeśli chodzi o trójkę podsądnych, którzy wcześniej budowali ten gazociąg, decyzja sądu niższej instancji pokrywała się z oczekiwaniami prokuratora. Zostali oni skazani na kary przekraczające cztery lata więzienia, a przyjęta przez sędziego podstawa prawna oraz opis przestępstwa w pełni odpowiadały zapisom z prokuratorskiego aktu oskarżenia.
Bliscy ofiar ze Szczyrku liczą na szybki koniec procesu
Jako cała rodzina podzielamy przekonanie, że liczba osób na ławie oskarżonych jest niewystarczająca. Jednak sprawa została poprowadzona w taki sposób, że obecnie obejmuje sześć osób i na tym etapie chcielibyśmy doprowadzić ją do końca - mówiła Katarzyna Kaim-Nogieć, która straciła rodziców i jedynego syna Szymona.
Kobieta dodała, że ewentualne pociągnięcie do odpowiedzialności kolejnych winnych będzie możliwe dopiero po tym, jak obecny wyrok zyska status prawomocnego. Przyznała również, że cały proces karny kosztował bliskich mnóstwo nerwów i wprowadził ogromny chaos w ich życiu. Zaznaczyła stanowczo:
Jeśli jednak można mówić o szybkim finale po sześciu latach i niemal czterech miesiącach, to mamy nadzieję, że właśnie do niego zmierzamy
Surowe kary więzienia i wieloletnie zakazy dla budowlańców
Najwyższy wyrok w całej sprawie usłyszał Roman D., czyli właściciel bielskiego przedsiębiorstwa, które odpowiadało za zlecenie feralnego przewiertu. Mężczyzna spędzi w zakładzie karnym sześć lat. Konsekwencje poniosą również bezpośredni wykonawcy prac ziemnych.
- Marcin S. został skazany na 4 lata pozbawienia wolności.
- Józef D. trafi za kratki na 3 lata.
Skład sędziowski nie miał wątpliwości, że to właśnie ich działania doprowadziły do bezpośredniego przerwania powłoki gazociągu.
Trójka pozostałych oskarżonych – Jakub K., Ewa K. oraz Marcin K. – usłyszała wyroki 4 lat i 2 miesięcy pozbawienia wolności. Byli oni sądzeni za naruszenia procedur podczas powiększania sieci, fałszowanie dokumentów powykonawczych oraz namawianie innych do kłamstwa przed śledczymi. Oprócz kar więzienia, na wszystkich nałożono dziesięcioletni zakaz prowadzenia firm i pracy w zawodzie, a także zobowiązano ich do wypłacenia potężnych rekompensat finansowych na rzecz krewnych ofiar.
Szczegóły akcji ratunkowej w Szczyrku po wybuchu gazu
Grudniowa eksplozja z 2019 roku zapisała się jako jedna z najczarniejszych kart w dziejach tej górskiej miejscowości. W tamtą środę, krótko po 18:30, okolicą wstrząsnął gigantyczny huk. Detonacja była na tyle potężna, że odgłos zniszczenia niósł się w promieniu ponad tysiąca metrów. Chwilę później niebo rozświetliły płomienie, a ogromny, trzykondygnacyjny budynek przy ulicy Leszczynowej przestał istnieć. O sile zjawiska opowiadała jedna z kobiet mieszkających w sąsiedztwie:
„Ja byłam na strychu, gdy wybuchło. Aż mnie rzuciło. Taki był podmuch. Nie wiedziałam co się dzieje, czy to u mnie, czy gdzie indziej, dopiero po chwili zobaczyłam, że dom sąsiadów przestał istnieć” – wspominała jedna z mieszkanek.
W zniszczonym obiekcie przebywało osiem osób, co natychmiast uruchomiło heroiczną walkę o ich życie. Setka strażaków prowadziła działania w systemie zmianowym przez blisko dwadzieścia godzin. Ratownicy zmuszeni byli do odgruzowywania terenu gołymi rękami, ponieważ ryzyko zmiażdżenia zasypanych wykluczało wprowadzenie koparek. Z uwagi na tlące się wciąż zgliszcza i wysoką temperaturę, do akcji nie mogły wkroczyć nawet specjalnie szkolone psy tropiące. Szanse na znalezienie ocalałych kurczyły się z każdą minutą, a ostateczny bilans wyniósł osiem ofiar śmiertelnych, w tym czworo małoletnich. Tylko dwójkę zmarłych rozpoznano od razu, resztę identyfikowano genetycznie.
Wspomnienie zmarłej rodziny. Znali ich wszyscy w okolice
W katastrofie życie straciła niezwykle szanowana w Szczyrku rodzina, która od dekad rozwijała lokalne tradycje narciarskie. W zrujnowanym budynku rezydowali dziadkowie Józef i Jolanta K., ich 39-letni syn Wojciech (pracujący jako instruktor sportów zimowych) wraz z żoną Anną i trójką ich pociech: 3-letnim Stasiem, 6-letnią Marceliną oraz 10-letnią Michaliną. Feralnego wieczoru przebywał z nimi także 8-letni wnuk Szymon. Z całego rodu ocalała zaledwie Katarzyna K., która w momencie eksplozji wykonywała swoje obowiązki zawodowe poza domem. Zmarli byli lokalnymi legendami, a pobliska trasa narciarska Kaimówka zawdzięczała swoją nazwę właśnie ich nazwisku. Głos po dramacie zabrał ówczesny burmistrz Antoni Byrdy:
„To była rodzina rdzennych mieszkańców Szczyrku. Bardzo uczciwa i pracowita. Kochali życie, sport, kochali narty. Chcieli żyć, chcieli pracować” – mówił po tragedii burmistrz miasta Antoni Byrdy.
Zaraz po odnalezieniu ciał samorząd wprowadził na terenie miasta oficjalną żałobę. Wszędzie pojawiły się flagi przepasane czarnymi wstążkami, a lokalne władze odwołały zaplanowane wcześniej imprezy. Zmarłych pożegnano 19 grudnia 2019 roku, chowając wszystkie osiem osób w jednym, ogromnym grobowcu rodzinnym. Katastrofa przy Leszczynowej na zawsze zmieniła społeczność Szczyrku i stanowi dla niej niezagojoną ranę.