Spis treści
Dramat rozegrał się w środę, 22 lipca 2020 roku, w dzielnicy Bielszowice w Rudzie Śląskiej. 29-letnia Aleksandra Sz. opuściła mieszkanie, zabierając ze sobą 14-miesięczną córkę na zakupy. W lokum pozostał jej partner, 30-letni Mariusz Sz., oraz ich urodzony zaledwie miesiąc wcześniej syn. To właśnie wtedy, podczas nieobecności matki, doszło do tragedii za zamkniętymi drzwiami. Początkowy przebieg zdarzeń sugerował nieszczęśliwy wypadek.
Mężczyzna telefonicznie poinformował partnerkę, że niemowlę przestało oddychać. Kobieta natychmiast ruszyła w drogę powrotną, jednocześnie alarmując służby ratunkowe. Przybyli na miejsce medycy szybko zorientowali się, że sytuacja wygląda inaczej, niż przedstawiali to rodzice. Rzekoma troska o zdrowie syna okazała się mistyfikacją, a na ciele dziecka widoczne były liczne ślady przemocy.
Walka o życie i tragiczny finał w szpitalu
Stan Wiktorka był na tyle poważny, że wezwano Śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Walka o życie chłopca trwała już w drodze do placówki medycznej, gdzie prowadzono reanimację. Wstępne oględziny ujawniły urazy głowy oraz złamania kończyn. Choć lekarzom udało się na chwilę przywrócić czynności życiowe, stan noworodka pozostawał krytyczny. Niestety, po kilku godzinach chłopiec zmarł.
Specjaliści z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach relacjonowali, że pacjent trafił do nich z zatrzymaniem krążenia. Serce dziecka ruszyło dopiero po 40-minutowej akcji ratunkowej. Noworodek został umieszczony na Oddziale Intensywnej Terapii, gdzie przeprowadzono szczegółową diagnostykę. Badania nie pozostawiły złudzeń – Wiktorek był ofiarą maltretowania.
Podejrzenia śledczych natychmiast skierowały się w stronę opiekunów. Sekcja zwłok potwierdziła najgorszy scenariusz: przyczyną zgonu był rozległy uraz czaszkowo-mózgowy spowodowany działaniem osób trzecich. Szczegółowe opisy cierpienia chłopca były wstrząsające nawet dla doświadczonych funkcjonariuszy.
Poważne oskarżenia wobec rodziców i historia przemocy
Prokuratura szybko sformułowała akty oskarżenia. Aleksandrze Sz. zarzucono znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem oraz udział w zabójstwie syna. Znacznie cięższe zarzuty usłyszał 30-latek. Mariusz Sz. odpowiedział za znęcanie się i spowodowanie śmiertelnego urazu głowy u niemowlęcia. Dodatkowo wyszło na jaw, że agresja mężczyzny dosięgła również jego 14-miesięcznej córki.
Okazało się, że rodzina była już wcześniej w kręgu zainteresowania organów ścigania. Sprawa dotyczyła starszej siostry zamordowanego chłopca, Wiktorii. Śledczy ustalili, że rok przed tragedią Mariusz Sz. połamał dziewczynce trzy żebra, co skutkowało naruszeniem czynności narządów ciała na okres powyżej siedmiu dni.
Fakt, że przemoc w tej rodzinie odnotowano już wcześniej, rodzi pytania o skuteczność systemu ochrony dzieci. Wielu obserwatorów zastanawiało się, czy szybsza reakcja służb i odebranie dzieci mogły zapobiec śmierci Wiktorka. Tragedia w Rudzie Śląskiej wywołała falę dyskusji na temat procedur bezpieczeństwa najmłodszych.
Proces za zamkniętymi drzwiami i drastyczne szczegóły
Zanim zapadł wyrok, do sieci trafiły nagrania sugerujące, że ojciec dziecka nie ma łatwego życia w areszcie. Współwięźniowie nie kryli swojej wrogości wobec niego. Jest to typowe zjawisko w zakładach karnych, gdzie sprawcy przestępstw na dzieciach znajdują się na samym dnie hierarchii więziennej i są szczególnie źle traktowani.
Oskarżeni nie przyznali się do winy, choć zdecydowali się na złożenie obszernych wyjaśnień. Początkowo treść ich zeznań była objęta tajemnicą. Jak podaje „Super Express”, którego dziennikarze byli na miejscu, sąd postanowił o wyłączeniu jawności rozprawy ze względu na dobro rodziny, co uniemożliwiło poznanie opinii publicznej wszystkich detali postępowania.
Postępowanie sądowe w Gliwicach rozpoczęło się 15 marca 2021 roku. Ustalono, że urodzony 18 czerwca Wiktorek był w pełni zdrowym dzieckiem. Koszmar rozpoczął się 23 czerwca, w momencie gdy noworodek został przywieziony ze szpitala do domu. Od tego dnia życie chłopca zamieniło się w pasmo cierpienia.
Według ustaleń prokuratury, ojciec reagował agresją na każdy płacz syna. Mariusz Sz. krzyczał na niemowlę, szarpał je za kończyny i rzucał nim o łóżko. Mężczyzna miał również z dużą siłą ściskać klatkę piersiową dziecka i gwałtownie nim potrząsać. Matka chłopca, mimo obecności kuratora i pracowników socjalnych w ich życiu, nikomu nie zgłosiła tych bestialskich zachowań, choć była ich naocznym świadkiem.
Bierność otoczenia i pytania bez odpowiedzi
Wciąż powraca pytanie, dlaczego instytucje nadzorujące rodzinę nie dostrzegły zagrożenia, zwłaszcza w świetle wcześniejszych aktów agresji. Być może nikt nie przewidział, że eskalacja przemocy nastąpi tak błyskawicznie – Wiktorek żył zaledwie miesiąc. Ze względu na tajność procesu nie poznaliśmy tłumaczeń urzędników odpowiedzialnych za nadzór nad rodziną.
Mimo braku pełnych informacji, sprawa ta pozostawia gorzkie wrażenie. Trudno oprzeć się konkluzji, że istniała szansa na uratowanie bezbronnego noworodka, gdyby system zadziałał sprawniej.
Feralnego dnia ojciec zadał synowi cios w głowę twardym, płaskim przedmiotem, powodując śmiertelne obrażenia mózgu. Sąd uznał, że Mariusz Sz. znęcał się nad dzieckiem ze szczególnym okrucieństwem praktycznie od momentu jego narodzin. Prokuratura w swoim uzasadnieniu podkreśliła, że sprawca działał z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia.
Rola matki polegała na biernym przyzwoleniu na katowanie syna. Zarzucono jej, że nie przeciwdziałała brutalności partnera, mimo ciążącego na niej prawnego obowiązku opieki. Kobieta zostawiła bezbronnego noworodka pod opieką oprawcy, mając pełną świadomość jego agresywnych skłonności, co uznano za pomocnictwo w zbrodni.
Wyroki dla rodziców i los rodzeństwa
Sądowy finał sprawy nastąpił na początku 2022 roku. Mariusz Sz. został skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności za zabójstwo syna. Aleksandrze Sz. sąd apelacyjny wymierzył karę dziewięciu lat więzienia. Uznano ją winną znęcania się nad dzieckiem poprzez brak reakcji, co bezpośrednio naraziło chłopca na utratę życia.
Ocalała z domowego piekła siostra zamordowanego Wiktorka, mała Wiktoria, została zabrana od rodziców i trafiła pod opiekę rodziny zastępczej.