Lekarka, która zobaczyła to, czego nie chciano widzieć
W latach 70. XX wieku Szopienice były miejscem, gdzie przemysł miał twarz postępu i stabilnej pracy. Huta była żywicielką, ale jednocześnie — jak się okazało — cichym trucicielem. To właśnie tam doktor Jolanta Wadowska-Król, pediatra, zaczęła zauważać u swoich najmłodszych pacjentów niepokojące objawy: problemy z koncentracją, opóźnienia rozwojowe, bóle brzucha, zaburzenia neurologiczne czy też anemię.
Zaczęła badać dzieci na własną rękę — często wbrew przełożonym, procedurom i oczekiwaniom systemu. Efekt był wstrząsający: ponad 5 tysięcy przebadanych dzieci, ponad tysiąc przypadków ołowicy według ówczesnych norm, które było mocno liberalne. Gdyby obecnie badać tamtejsze dzieci według aktualnych norm, liczba ta mocno poszybowałaby w górę.
– Ona nigdy nie mówiła: moi pacjenci. Zawsze mówiła: moje dzieci — podkreśla Magdalena Majcher, autorka książki "Doktórka od familoków".
Dla Magdaleny Majcher historia Szopienic nie była całkowicie obca. Słyszała o niej wcześniej, ale przez długi czas — jak przyznaje — funkcjonowała raczej jako regionalna opowieść, znana głównie na Śląsku.
– Punktem zapalnym był moment, kiedy zaczęłam pytać ludzi spoza regionu. Dziennikarzy, pisarzy, znajomych z innych części Polski. I wszyscy odpowiadali: nie, nigdy o tym nie słyszeliśmy — wspomina.
To wtedy pojawiło się poczucie obowiązku. – Pomyślałam, że skoro mam czytelników w całej Polsce, to mogę wykorzystać tę poczytność jako narzędzie. Jako cegiełkę, która pomoże ocalić tę historię od zapomnienia.
Zmiana planów i wyścig z czasem
Co istotne, "Doktórka od familoków” nie była pierwotnie kolejną książką w planach autorki. Magdalena Majcher miała już podpisaną umowę na zupełnie inny tytuł.
– Kiedy zaproponowałam ten temat wydawnictwu, reakcja była natychmiastowa. Usłyszałam: zostaw tamten projekt, zajmij się tym teraz. Chcemy wydać tę książkę jak najszybciej — mówi.
Dziś autorka nie ma wątpliwości, że czas odegrał kluczową rolę. – Czułam, że wszystko dzieje się po coś. Że gdybym wtedy odłożyła ten temat, mogłabym już nie zdążyć dotrzeć do pani doktor.
Książka ukazała się w marcu 2023 roku. Trzy miesiące później doktor Wadowska-Król zmarła. Proces pracy nad książką był dla Majcher wyjątkowy — niemal intuicyjny.
– Zaczęłam zbierać materiały w czerwcu 2022 roku, a w listopadzie książka była już w wydawnictwie. Nigdy wcześniej nie pracowałam w takim tempie — przyznaje.
Rozmowy z doktor Wadowską-Król odbywały się przez kilka tygodni. To nie były jednorazowe wywiady, ale długie spotkania, pełne emocji, dygresji i powrotów do trudnych wspomnień. Cykl spotkań z "doktórką" trwał kilka tygodni.
– Pani doktor bardzo szybko mi zaufała. Już po pierwszym czy drugim spotkaniu zaczęła wyciągać swoje archiwa, stare gazety, dokumenty. To był ogromny kredyt zaufania - wspomina Majcher.
Odpowiedzialność i lęk przed oceną
Pisząc „Doktórkę od familoków”, Magdalena Majcher czuła nie tylko ekscytację, ale też ogromną presję. – Kiedy ktoś powierza ci swoją historię, swoje życie, to jest gigantyczna odpowiedzialność. Cały czas miałam w głowie pytanie: czy ja to dobrze oddaję? Czy ja rozumiem istotę problemu? — mówi.
Obawy były tym większe, że bohaterką książki była osoba realna, wciąż żyjąca. – Najbardziej bałam się reakcji pani doktor. Czy nie powie: nie, to nie tak było, nie zrozumiałaś mnie”
Stało się inaczej.
– Kiedy powiedziała mi, że rozpoznaje w tej historii swoich pacjentów, swoje dzieci — to był jeden z najważniejszych momentów w mojej pracy.
Choć w książce pojawia się fikcyjna rodzina Kościelniaków, Majcher podkreśla, że to kondensat dziesiątek prawdziwych historii. – To nie jest opowieść o jednej rodzinie. To bohater zbiorowy, utkany z rozmów z mieszkańcami Szopienic, z ich wspomnień, z tego, co zostało między wierszami.
Jak dodaje, wiele osób po lekturze zgłaszało się do niej z podobnymi zdaniami: „u nas było tak samo”, „mój tata opowiadał identycznie”.
Ołów, który nie znika. Ślązacy żyją na tykającej bombie?
Jednym z najbardziej niepokojących odkryć podczas pracy nad książką była dla Majcher świadomość, że problem metali ciężkich nie jest reliktem przeszłości.
– Metale ciężkie nie ulegają rozkładowi. One nie znikają. Mogą wnikać głębiej w glebę, ale nadal tam są — podkreśla.
Autorka zwraca uwagę na brak systemowych rozwiązań. – W Polsce nie ma prawa, które nakazywałoby badanie gleby przed inwestycjami. To absurd.
Co więcej, zanieczyszczenie środowiska przekłada się na problemy społeczne.
– Mapa skażenia metalami ciężkimi niemal idealnie pokrywa się z mapą dzielnic dotkniętych bezrobociem, przemocą, wykluczeniem. Ołów obniża IQ, uszkadza układ nerwowy. To wpływa na całe życie.
Dobrym przykładem na potwierdzenie słów autorki są wyniki egzaminu ósmoklasisty. Jak wynika z danych udostępnionych na portalu "Wasza Edukacja" w 2025 roku uczniowie Szkoły Podstawowej nr 42 w Szopienicach (zlokalizowanej najbliżej Huty Szopienice) zajęli na 45 szkół czwarte miejsce od końca, z wynikami: język polski 51.86 proc., matematyka 31.11 proc. i j. angielskim 54.03 proc. Dla porównania zwycięzca rankingu w Katowicach, czyli Katolicka Szkoła Podstawowa im. św. Jacka osiągnęła wyniki kolejno: 81.73 proc., 83.73 proc. i 94.07 proc.
Dla porównania lat poprzednich, w 2024 roku SP nr 42 zajęła szóste. miejsce od końca, a w 2023 trzecie miejsce od końca zestawienia.
Polecany artykuł:
Netflix i powrót historii Szopienic
11 lutego na Netflixie zadebiutuje serial „Ołowiane dzieci”. Produkcja opiera się na reportażu „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia” Michała Jędryki (Wydawnictwo Krytyka Polityczna) i nie jest ekranizacją książki Magdaleny Majcher. Choć, jak można przypuszczać książka ta mogła być inspiracją twórców serialu.
Warto przypomnieć, że książka Magdalena Majcher sprzedała się w ponad 20 tysiącach egzemplarzy (papier, e-book, audiobook) i doczekała się kolejnych dodruków.
Zobaczcie kadry z serialu "Ołowiane dzieci" w galerii poniżej.