Spis treści
Dramat w śląskiej Dąbrowie Górniczej rozegrał się 20 sierpnia 2025 roku. Tego dnia do mieszkania w bloku przy ulicy Wybickiego przyszedł z niezapowiedzianą wizytą dalszy krewny lokatorki, 42-letni Piotr B. Ciesząca się w sąsiedztwie nieposzlakowaną opinią 87-letnia Zuzanna Spich wpuściła go za próg, nie przeczuwając nadchodzącej tragedii. Według ustaleń śledczych napastnik zadał seniorce kilkadziesiąt ciosów nożem, a następnie okradł ją i uciekł, nawet nie próbując zacierać śladów. Zaniepokojeni brakiem kontaktu bliscy przyszli na miejsce następnego dnia i dokonali makabrycznego odkrycia. Na zakrwawionej podłodze w kuchni leżało ciało 87-latki, a w jej szyi wciąż tkwiło ostrze, którym odebrano jej życie. Mieszkanie wyglądało jak po przejściu tornada. Porozrzucane ubrania i przedmioty oraz brak części rzeczy wskazywały na to, że sprawca celowo czegoś szukał i splądrował lokal w poszukiwaniu kosztowności.
Zabójstwo w Dąbrowie Górniczej. Sąsiedzi i rodzina wspominają zamordowaną 87-latkę
Kulisy tej zbrodni opisał na łamach „Super Expressu” dziennikarz Przemysław Gluma. Z jego ustaleń wynika, że wezwani na miejsce policjanci natychmiast zabezpieczyli ślady i przesłuchali sąsiadów oraz członków rodziny zamordowanej. Działania operacyjne szybko przyniosły efekt, ponieważ już kolejnego dnia funkcjonariusze zatrzymali głównego podejrzanego, 42-letniego Piotra B. z Dąbrowy Górniczej. Oficer prasowy miejscowej Komendy Miejskiej Policji, młodszy aspirant Kamil Graczyk, przekazał na gorąco, że mężczyznę ujęto na terenie miasta. „Miał przy sobie przedmioty, które zabrał z mieszkania pokrzywdzonej. To dalsza rodzina ofiary” – potwierdził funkcjonariusz w rozmowie z „Super Expressem”.
Zatrzymanego mężczyznę szybko doprowadzono do prokuratury, gdzie usłyszał zarzut zabójstwa, a sąd zdecydował o jego tymczasowym aresztowaniu. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu, prokurator Dorota Pelon, informowała wówczas, że podejrzany Piotr B. nie przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia, których treści śledczy nie chcieli na tamtym etapie ujawniać. „O tym, jaki był motyw tej zbrodni, też na razie nie mogę informować, zresztą będzie on weryfikowany w czasie postępowania. Z tych samych powodów nie mogę również zdradzić, jakie przedmioty zostały znalezione u podejrzanego w czasie zatrzymania” – mówiła tajemniczo prokurator Pelon.
Zanim oficjalnie ujawniono szczegóły śledztwa, głos zabrali mieszkańcy Dąbrowy Górniczej. Sąsiedzi zgodnie podkreślali, że zamordowana seniorka była osobą niezwykle lubianą i powszechnie szanowaną w okolicy. „Była trochę starsza ode mnie. Gdy zachorowałam na raka, przyszła do mnie i zaoferowała swoją pomoc” – mówiła jedna z sąsiadek. „Jak można zrobić coś takiego tak dobrej, ciepłej kobiecie?” – dodawała kolejna.
Przeprowadzona sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną śmierci pani Zuzanny były obrażenia po zadaniu aż 38 ciosów nożem. Kobieta miała rany kłute i cięte w okolicach głowy, szyi oraz klatki piersiowej, a obrażenia na rękach dowodziły, że rozpaczliwie się broniła. W późniejszej fazie postępowania wyszło na jaw, że przy Piotrze B. znaleziono klucze do mieszkania ofiary oraz akt notarialny jej nieruchomości. Według nieoficjalnych doniesień medialnych to właśnie chęć przejęcia lokalu mogła być motywem zbrodni, jednak prokuratura nie skomentowała tych spekulacji.
Ruszył proces przed Sądem Okręgowym w Sosnowcu, który przyciągnął uwagę dziennikarzy z całego kraju, w tym relacjonującego rozprawy dla „Super Expressu” Przemysława Glumy. Na sali sądowej pogrążona w żałobie rodzina zamordowanej seniorki musiała spojrzeć w oczy Piotrowi B., swojemu krewnemu oskarżonemu o to bezwzględne morderstwo.
„Babcia była aniołem, miała dla wszystkich tyle serca” – mówiła ze łzami w oczach najstarsza wnuczka pani Zuzanny, która na pierwszą rozprawę przyjechała z Tarnowa. „Na złotej tacy dawała każdemu to, czego potrzebował. Była jeszcze w dobrej formie, nie chciała jakiejś specjalnej opieki. Mogła żyć” – podkreślała pani Monika. Kobieta rozmawiała z babcią dziesięć dni przed tragedią i nic nie wskazywało na nadchodzący dramat, a seniorka planowała wkrótce odwiedzić wnuczkę na dłużej, by nacieszyć się wspólnymi rozmowami. „Na początku w ogóle Piotra nie podejrzewaliśmy. Dopiero, gdy się dowiedziałam, że on pożyczał pieniądze od babci, to wiedziałam, że to on. To taki typ spod ciemnej gwiazdy. Nie wiemy zupełnie, dlaczego to zrobił. Dlaczego ją tak potraktował. Wiemy, że na pewno siedział w kuchni, a babcia robiła mu jedzenie i herbatę, kiedy prawdopodobnie została zaatakowana” – relacjonowała wnuczka ofiary.
Proces w Sosnowcu. Syn i wnuk znaleźli zmasakrowane ciało pani Zuzanny
W ławach sądowych zasiedli także syn zamordowanej, pan Stanisław, oraz jej wnuk Michał, którzy jako pierwsi zobaczyli zmasakrowane ciało i do końca życia nie zapomną tego widoku. „Mama miała w szyję wbity nóż, wszędzie było mnóstwo krwi, a w mieszkaniu panował totalny bałagan. Wszystko powywracane. Cały czas mam to przed oczami” – mówił występujący w roli oskarżyciela posiłkowego pan Stanisław. Mężczyzna próbował odwiedzić matkę feralnego dnia, ale kiedy nie odbierała telefonu, pojechał pod blok i bezskutecznie dzwonił do drzwi, uznając ostatecznie, że wyszła na zakupy. Dopiero gdy okazało się, że z seniorką nie ma kontaktu od dwóch dni, pojechał tam ponownie z posiadającym klucze Michałem, jednak na ratunek było już za późno. Jak ustalił dziennikarz Przemysław Gluma, oskarżony pożyczał czasem od krewnej drobne kwoty i mógł zaatakować po spotkaniu się z odmową. Podczas pierwszej rozprawy Piotr B. zaprzeczył jednak tym ustaleniom, nie przyznał się do winy i przedstawił zupełnie inną wersję wydarzeń.
„Byłem z nią umówiony na oddanie długu, nie chciałem w ten dzień pożyczać żadnych pieniędzy” – twierdził przed sądem mężczyzna. „Gdy odwoziłem ją kiedyś z urodzin mojej córki, sama zaproponowała, że jeśli będę miał jakiś problem to mam zadzwonić” – kontynuował. Oskarżony utrzymywał przed sądem, że nie zabił krewnej, lecz zastał ją w mieszkaniu już martwą, a służb nie wezwał z powodu rzekomego szoku. „Podszedłem do niej, wydaje mi się, że dotknąłem klatki piersiowej. Nie wyczuwałem, żeby oddychała. Byłem wystraszony tym, co się stało, nigdy nie widziałem z takiej odległości zmarłego człowieka. Próbowałem sprawdzić, czy oddycha, zauważyłem, że moja ręka jest delikatnie ubrudzona krwią, więc wytarłem ją i postanowiłem opuścić to mieszkanie. Wziąłem stamtąd czarną torbę, wrzuciłem do niej szmatę, w którą wycierałem rękę. Nie sprawdzałem, co jest w środku” – twierdził oskarżony.
Z wyjaśnień 42-latka wynikało, że po opuszczeniu lokalu jeździł autem po mieście, aby pozbierać myśli. Gdy ochłonął, chciał wrócić na miejsce i wezwać policję, ale zrezygnował z powodu zamkniętych drzwi do klatki schodowej. Zamiast tego poszedł na grilla do znajomego Krzysztofa P., z którym przy garażu pił alkohol i zażywał amfetaminę. Zakrwawioną koszulkę tłumaczył koledze udziałem w bójce, bo nie ufał mu na tyle, by powiedzieć prawdę. W drodze do mieszkania kompana przebrał się w pożyczone od niego ubranie, a swój brudny t-shirt wyrzucił. „Nie wiem, czy on to widział” – opowiadał przed sądem 42-latek. „Gdy skończyła się wódka, dał mi pieniądze, żebym poszedł do sklepu. Wracając, wziąłem swoje auto i pojechałem nim do Krzysztofa. Po jakimś czasie on zapytał, czy może zawieźć mamę do sklepu moim autem. Nie było ich około 40 minut. W pewnym momencie Krzysztof poszedł spać, ja natomiast spałem w samochodzie. Zauważyłem wtedy, że w torbie ktoś grzebał, ale nie wiem, czy to był Krzysztof” – stwierdził mężczyzna. Kolejnego dnia do mieszkania znajomego wkroczyli policjanci, którzy powalili Piotra B. na ziemię i zakuli w kajdanki, co oskarżony określił w sądzie jako brutalność służb.
„Wykręcili mi ręce, policja cały czas zachowywała się brutalnie. Nawet jak pojechaliśmy na SOR do szpitala i lekarz pobierał mi próbki spod paznokci, chciałem, żeby mi zrobiono obdukcję, bo miałem ból w klatce piersiowej oraz w prawym obojczyku, to powiedzieli, że ten lekarz nie jest od tego, i że nie potrzeba mi obdukcji, bo oni stosowali wobec mnie tylko chwyty transportowe. Byłem przez policję bity i poniżany, nie złożyłem jednak żadnej skargi, bo byłem w dużym szoku” – opowiadał oskarżony. Relacjonujący sprawę dziennikarz Przemysław Gluma zwrócił uwagę, że Piotr B. nagminnie nadużywał słowa „szok”, tłumacząc tym stanem niemal każde swoje zachowanie.
Oskarżony o zabójstwo Piotr B. nie przyznaje się do winy. Zeznania żony i córki
Ostatecznie 42-latek przyznał się jedynie do prowadzenia auta bez uprawnień i pod wpływem alkoholu, zażywania narkotyków oraz niepowiadomienia służb o rzekomym odnalezieniu zwłok. Oskarżony kategorycznie zaprzeczył jednak, jakoby miał zamordować 87-letnią seniorkę, zasłaniając się niepamięcią co do szczegółów zdarzenia. Nie potrafił przy tym wyjaśnić sądowi, dlaczego wyrzucił zakrwawioną koszulkę, skąd wziął klucze do lokalu ofiary ani dlaczego drzwi były zamknięte, skoro rzekomo sam ich nie zamykał.
Sytuację oskarżonego skomplikowały zeznania jego żony Katarzyny oraz córki Wiktorii, które nie skorzystały z przysługującego najbliższej rodzinie prawa do odmowy składania wyjaśnień. Żona 42-latka przyznała, że mąż miał dobre relacje z seniorką, ale ukrywał przed nią swoje samotne wizyty u krewnej i pożyczanie od niej pieniędzy. „Nigdy bym się nie spodziewała, że może coś takiego zrobić najbliższej osobie. Mąż miał kłopoty w przeszłości z prawem, odsiadywał karę za rozboje. Nie wierzę i nie sądzę jednak, by był w stanie zabić” – ujawniła kobieta. W dniu zbrodni Piotr B. okłamał żonę, że idzie do pracy, co szybko wyszło na jaw po telefonie od jego szefa. Katarzyna B. dodała również, że mąż już wcześniej potrafił znikać bez śladu na kilka dni i nie nawiązywać w tym czasie żadnego kontaktu. „Potem się zjawiał, ale mówił, że popił i nie chciał wracać do domu samochodem po pijanemu. Podejrzewałam, że mógł wrócić do hazardu i że znowu ma problemy z narkotykami, jakie miał przed laty” – zeznała kobieta.
W sądzie odczytano także wiadomość SMS o treści „Zmarnowałeś mi życie, a synkowi dzieciństwo”, którą pani Katarzyna wysłała mężowi po otrzymaniu od rodziny informacji o śmierci 87-latki. Kobieta tłumaczyła, że słowa te wynikały ze skrajnych emocji, a nie z podejrzeń o dokonanie morderstwa. „Że znowu go nie ma w domu, że znowu zostałam sama, a on nie pomaga. Byłam zła na niego. Nawet mu nie powiedziałam, że babcia nie żyje” – zeznawała. Żona oskarżonego powiązała go ze zbrodnią dopiero po przeszukaniu auta przez śledczych, kiedy to w pojeździe odnaleziono klucze do mieszkania ofiary oraz akt notarialny. „Wtedy pomyślałam o najgorszym” – przyznała kobieta w trakcie składania zeznań.
W momencie powstawania tego artykułu proces sądowy wciąż się toczył. Kluczowy świadek Krzysztof P. osobiście odebrał wezwanie, ale nie przyszedł na rozprawę, za co sąd ukarał go grzywną w wysokości tysiąca złotych i nakazał przymusowe doprowadzenie z możliwością zatrzymania na 48 godzin przed kolejnym terminem. Według doniesień „Super Expressu” postępowanie zmierza już do końca, ponieważ sąd odrzucił wnioski dowodowe obrony jako nieistotne dla sprawy i celowo przedłużające proces. Po przesłuchaniu znajomego oskarżonego pozostaną już tylko mowy końcowe oraz ogłoszenie wyroku, a Piotrowi B. grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.