Zabił 87-latkę? Przed sądem Piotr B. zasłaniał się „szokiem”. Potem poszedł na imprezę

2026-08-25 17:23

87-letnia Zuzanna zginęła od 38 ciosów nożem we własnym mieszkaniu. Zbrodnia zszokowała otoczenie, bo ofiara cieszyła się ogromnym szacunkiem. Oskarżony o morderstwo 42-letni Piotr B., krewny seniorki, odpowiadał we wtorek, 25 sierpnia przed sądem. Mężczyzna kategorycznie zaprzecza zarzutom. Utrzymuje, że po przekroczeniu progu odnalazł staruszkę martwą. Rzekomy wstrząs powstrzymał go przed wezwaniem ratowników, ale chwilę później 42-latek swobodnie imprezował z alkoholem i narkotykami.

Minęło dwanaście miesięcy od makabrycznego ataku na 87-letnią kobietę. We wtorek, 25 sierpnia w Sądzie Okręgowym w Sosnowcu krewni ofiary, nadal opłakujący stratę matki oraz babci, stanęli twarzą w twarz z bezlitosnym oskarżonym.

„Babcia była aniołem. Miała dla wszystkich tyle serca. Na złotej tacy dawała każdemu, kto potrzebował. Była jeszcze w dobrej formie. Nie chciała jakiejś specjalnej opieki. Mogła żyć” – wyznała na procesie Piotra B. Monika Gajczewska. Najstarsza wnuczka zamordowanej przybyła specjalnie na rozprawę z Tarnowa.

„Z babcią rozmawiałam ostatni raz 10 sierpnia ub. r. Dziesięć dni przed morderstwem. Babcia miała we wrześniu do mnie jechać na jakiś czas. Mówiła mi wtedy, że jak przyjedzie to ma mi wiele rzeczy do powiedzenia. Widziałam, że jest troszkę taka zdenerwowana. Jakby się go bała. A my na początku w ogóle go nie podejrzewaliśmy. Dopiero, gdy się dowiedziałam, że on pożyczał pieniądze od babci, to wiedziałam, że to on. To taki typ spod ciemnej gwiazdy. Nie wiemy zupełnie dlaczego to zrobił. Dlaczego ją tak potraktował. Wiemy, że na pewno siedział w kuchni, a babcia robiła mu jedzenie i herbatę, kiedy prawdopodobnie została zaatakowana” – stwierdziła przed sądem zrozpaczona kobieta, ujawniając szczegóły relacji rodzinnych.

Na proces przybyli także wnuk Michał Spich oraz syn ofiary, Stanisław Spich. To właśnie ci mężczyźni odnaleźli zmasakrowane ciało seniorki.

„Cały czas mam przed oczami ten widok. Mama miała w szyję wbity nóż. Wszędzie było mnóstwo krwi, a w mieszkaniu panował totalny bałagan. Wszystko powywracane” – relacjonował na sali rozpraw pan Stanisław. W trwającym procesie pełni on funkcję oskarżyciela posiłkowego.

„Zawsze jak byłem w Gołonogu, to dzwoniłem do mamy i przyjeżdżałem. Wtedy nie odebrała telefonu, był nieczynny. Dlatego podjechałem pod blok. Wszedłem na klatkę. I zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi. (…) Odczekałem jakiś moment. Pomyślałem, że może poszła do sklepu. Wsiadłem do auta i pojechałem do domu, ale po drodze zadzwoniła siostra mamy, że od dwóch dni telefon nie odpowiada. Powiedziałem, że zadzwonię do Michała (wnuczka - przyp. red.), bo on miał klucze do babci, żeby podjechał i zobaczył, co się stało. Powiedział mi, że będzie za godzinę i da mi znać. Tyle co wszedłem do domu, Michał dzwonił. Był wystraszony. Drzwi były zamknięte na dolny zamek, mówił, a tego moja nigdy mama nie robiła. Otworzył drzwi do przedpokoju, świeciło się tam światło, co też nie było w zwyczaju mamy. Widział porozrzucane rzeczy. Powiedział mi: »wujek, ja się boję wejść, coś się stało«. Powiedziałem, że zaraz tam będę. Pojechałem. Michał czekał przed klatką. Wspólnie weszliśmy. Był bałagan. Pierwsze kroki był do dużego pokoju. I tam był dopiero kipisz. Wszystko powyrzucane z szafek. Totalny bałagan. Wychodziliśmy z pokoju do kuchni. Michał krzyczy: Wujek, babcia leży!” – tak pan Stanisław opisał dramatyczny moment, w którym dokonali makabrycznego odkrycia w mieszkaniu.

„Podejrzewaliśmy, że mogło coś się stać, bo od kilku dni nie było z nią kontaktu, ale już raczej, że zasłabła albo coś podobnego” – uzupełnił w sądzie zeznania swojego wujka pan Michał. Rodzina liczyła na zwykłą dolegliwość zdrowotną.

Mundurowi wprowadzili Piotra B. na salę z nałożonymi na dłonie i kostki kajdankami. Śledczy zarzucają mu popełnienie morderstwa ze szczególnym okrucieństwem. Do zdarzenia doszło 20 sierpnia ubiegłego roku, kiedy oskarżony odwiedził lokal na parterze budynku przy ulicy Wybickiego w dąbrowskiej dzielnicy Gołonóg.

Starsza pani bardzo dobrze kojarzyła napastnika i wielokrotnie wspierała go drobnymi kwotami pieniężnymi. Feralnego dnia 87-latka została potraktowana ostrzem. Medycy sądowi naliczyli aż 38 ran zadanych ostrym narzędziem. Uszkodzenia skupiały się wokół szyi, głowy oraz klatki piersiowej. Obrażenia na ramionach wyraźnie dowodziły, że kobieta do samego końca heroicznie walczyła o życie z owładniętym furią Piotrem B.

Oskarżony wysłuchał odczytanego aktu oskarżenia, jednak stanowczo odrzucił przedstawione winy. Zdecydował się natomiast na wygłoszenie uzupełnienia swoich pierwotnych zeznań. Całą linię obrony miał starannie spisaną na kilkustronicowych notatkach.

20 sierpnia zadzwoniłem od niej, byłem umówiony na oddanie długu, nie chciałem w ten dzień pożyczyć żadnych pieniędzy. Gdy odwoziłem ją kiedyś z urodzin mojej córki, sama zaproponowała, że jeśli kiedyś będę miał jakiś problem, to mam zadzwonić, podała numer telefonu” – oświadczył przed trybunałem Piotr B., próbując przedstawić własny przebieg zdarzeń.

„Drzwi do klatki schodowej były otwarte, podparte jakimś kamieniem, pamiętam, bo nie dzwoniłem domofonem. Pukałem trzy razy, nie pamiętam czy drzwi były uchylone, czy nacisnąłem na klamkę, wszedłem do środka i skierowałem się w stronę kuchni i dużego pokoju. Potem zauważyłem Zuzannę jak leżała w kuchni pod oknem. Chcę podkreślić, że jak składałem wyjaśnienia w prokuraturze, to byłem zestresowany, w szoku, całą sytuacją, która wydarzyła się na komendzie. Poszedłem do niej, wydaje mi się, że dotknąłem jej klatki piersiowej. Nie wyczuwałem, żeby oddychała, byłem wystraszony tym, co się stało nigdy nie widziałem z takiej odległości zmarłego człowieka. Próbowałem sprawdzić, czy oddycha, zauważyłem, że moja ręka jest delikatnie ubrudzona krwią, wytarłem ją i postanowiłem opuścić to mieszkanie, widziałem, że był bardzo duży bałagan w mieszkaniu, wziąłem stamtąd czarną torbę, do niej rzuciłem szmatę, w którą wycierałem rękę. Nie pamiętam czy torba była wzięta z salonu czy przedpokoju. Nie sprawdzałem też co jest w środku” – bronił się w dość zagmatwany sposób 42-latek. Z jego słów wynikało, że jedynie odkrył zwłoki w mieszkaniu.

Według własnych deklaracji mężczyzna po prostu wymknął się na zewnątrz, całkowicie ignorując otwarte drzwi wejściowe. Następnie zapalił silnik samochodu i bez konkretnego celu krążył po dąbrowskich ulicach.

Nie wydaje mi się, żebym długo jeździł, chwilę ochłonąłem, postanowiłem wrócić do mieszkania i zawiadomić policję, ale drzwi do bloku były już zamknięte. W końcu nie powiadomiłem policji” – próbował przekonać sędziego oskarżony. Stwierdził, że zatrzask w bloku pokrzyżował mu wezwanie pomocy.

Nieco później nawiązał z nim kontakt znajomy. Krzysztof P. zaproponował organizację grilla. Podejrzany błyskawicznie przystał na to zaproszenie. Mężczyźni spotkali się początkowo w rejonie garaży wynajmowanych przez kolegę.

„Rozmawialiśmy o zwykłych rzeczach, codziennych, piliśmy piwo. Krzysztof poczęstował mnie amfetaminą. Zwrócił uwagę, że mam brudną koszulkę. Po tym jak zwrócił mi uwagę, na brudną koszulkę, zobaczyłem, ze jest brudna prawdopodobnie od krwi. Krzysztof zaproponował, że może dać mi inną koszulkę. Wziąłem ją od niego i zdjąłem tę brudną. Nie mówiłem mu co się stało. Nie był moim przyjacielem bliskim, tylko znajomym, z którym się spotykałem, żeby się napić. Powiedziałem mu, że brałem udział w bójce” – relacjonował oskarżony. Piotr B. tłumaczył w sądzie swoje zachowanie tuż po opuszczeniu miejsca zbrodni.

Ostatecznie obaj zdecydowali się przenieść posiadówkę bezpośrednio do lokalu Krzysztofa P., gdzie planowali rozpalenie wspomnianego rusztu. Pojazd oskarżonego pozostał pod garażami. Przechadzając się uliczkami, 42-latek pozbył się poplamionego krwią t-shirtu.

„Drogę wybrał Krzysztof. Był umówiony przed parkiem na parkingu. Mówił, że pójdzie tam sam, a ja czekałem na mostku, przed tym parkiem. Stojąc tam wyrzuciłem koszulkę, którą wcześniej przebrałem. Nie wiem, czy Krzysztof to widział. Później udaliśmy się do niego na grilla. Gdy skoczyła się wódka, dał mi pieniądze, żebym poszedł do sklepu. Wracając ze sklepu wziąłem swoje auto i pojechałem nim do Krzysztofa. Po jakimś czasie Krzysztof zapytał, czy może zawieźć mamę do sklepu moim autem. Nie było ich ok. 40 minut. W pewnym momencie Krzysztof poszedł spać, ja natomiast spałem w samochodzie, zauważyłem wtedy, że w torbie ktoś grzebał, nie wiem, czy to był Krzysztof” – opisywał skomplikowany ciąg zdarzeń mężczyzna z ławy oskarżonych. Twierdził, że nie kontrolował do końca sytuacji w pojeździe.

Imprezowy maraton zakończył się drastycznie następnego poranka. Funkcjonariusze wtargnęli do mieszkania Krzysztofa P., siłą obezwładnili Piotra B., a po zapięciu kajdanek odwieźli go prosto do celi na komisariacie.

„Byli brutalni, wykręcili mi ręce. Policja cały czas zachowywała się brutalnie. Nawet jak pojechaliśmy na SOR do szpitala i lekarz pobierał mi próbki spod paznokci, chciałem, żeby mi zrobiono obdukcję, gdyż miałem ból w klatce piersiowej i w obojczyku prawym, to powiedzieli że ten lekarz nie jest od tego, i że nie potrzeba mi obdukcji, bo oni stosowali wobec mnie tylko chwyty transportowe. Byłem przez policję bity i poniżany, nie złożyłem jednak żadnej skargi, bo byłem w dużym szoku” – przekonywał sędziów podejrzany o morderstwo. Piotr B. obwinił stróżów prawa o nieuzasadnioną agresję.

Wyraz „szok” to bez wątpienia ulubione sformułowanie 42-latka. Podejrzany zrzuca na ten stan emocjonalny pełną odpowiedzialność za wszystkie swoje decyzje z 20 sierpnia minionego roku w Dąbrowie Górniczej.

„Czyli nie przyznaje się pan do zabójstwa, ale przyznaje się do jazdy pod wpływem alkoholu, zażywania narkotyków i do niezawiadomienia policji” – dopytywał dociekliwie sędzia Adam Chmielnicki. Starał się uporządkować niespójne wyjaśnienia mężczyzny.

„Tak, przyznaję się. I jeszcze do tego, że prowadziłem auto bez uprawnień” – odpowiedział bez wahania podsądny, potwierdzając popełnienie wyłącznie mniejszych przewinień.

Sędzia nie odpuszczał i drążył temat dalej. Domagał się wyjaśnienia, dlaczego oskarżony kompletnie zapomniał o najważniejszych faktach z oględzin pokoju. Chciał dowiedzieć się, z jakiego powodu Piotr B. nie zdołał zapamiętać ułożenia zwłok seniorki, mimo rzekomego wstrząsu.

„Jedyna odpowiedź, że nie pamiętam szczegółowy to to, że byłem w szoku. Nie na co dzień się widuje takie rzeczy. Nie wiem nawet, jak sprawdzić puls, wiem jedynie, w jakich okolicach” – wymigiwał się od precyzyjnych odpowiedzi 42-latek. Zasłaniał się kompletnym brakiem medycznej wiedzy.

„Powiedział pan, że był w szoku, mówił, że nie miał wcześniej do czynienia z takimi widokami, a u kolegi rozmawialiście o zwykłych, codziennych rzeczach. Nie widzi pan kontrastu z tym co się stało, a wy rozmawialiście o zwyczajnych rzeczach” – punktował nielogiczne wymówki oskarżonego przewodniczący składu sędzia Piotr Horzela. Zauważył absurdalne zachowanie zaraz po znalezieniu rzekomo martwej ciotki.

„Krzysztof mi po prostu opowiadał o swojej pracy, poza tym wydaje mi się, że zdążyłem się już trochę uspokoić” – bronił się niezręcznie oskarżony. Próbował wyjaśnić swój zaskakujący spokój w trakcie imprezy.

„Powiedziałem koledze, że brałem udział w bojce, bo on zauważył, że mam koszulkę we krwi, a ja uznałem, że nie jest odpowiednią osobą, żeby mu mówić, co się stało” – doprecyzował sprawę poplamionej odzieży podejrzany. Utrzymywał, że celowo oszukał swojego kompana.

„A dlaczego wyrzucił pan koszulkę, jak to się stało, że miał pan klucze do mieszkania ofiary” – kontynuował trudne przesłuchanie sędzia Chmielnicki. Zwrócił uwagę na podejrzane pozbywanie się twardych dowodów.

„Nie zastawiałem się nad tym, dlaczego wyrzuciłem koszulkę. Z tego co wiem, to w aucie były klucze, które pasowały do mieszkania pokrzywdzonej. Musiały być w torbie, którą wziąłem z mieszkania. Nie wiedziałem, że są w tej torbie. Na pewno nie zamykałem mieszkania na klucz” – próbował bagatelizować te kluczowe dowody Piotr B. Twierdził, że dostęp do zamkniętego wcześniej mieszkania miał z powodu przypadkowego znaleziska.

Mężczyźnie oskarżonemu o tak brutalny czyn grozi obecnie kara najwyższa, czyli dożywotnie pozbawienie wolności.

Zabił seniorkę rodu z wyjątkowym okrucieństwem. Stana,l przed sądem