Sprawa schroniska w Bytomiu wstrząsnęła całą Polską. Sygnały o fatalnych warunkach, w jakich przebywały zwierzęta, i podejrzenia o nieuzasadnione usypianie czworonogów doprowadziły do protestów i głośnej interwencji celebrytów, w tym piosenkarki Dody. W efekcie prezydent Bytomia rozwiązał umowę z operatorem placówki. Jednak zdaniem ekspertów, to nie jest odosobniony przypadek, a objaw głębokiej, systemowej choroby toczącej opiekę nad bezdomnymi zwierzętami w Polsce.
Działaczka prozwierzęca Katarzyna Rezler, która pełni również funkcję pełnomocnika burmistrza Aleksandrowa Łódzkiego ds. zwierząt, w rozmowie z PAP nie pozostawia złudzeń. Jej zdaniem dramat, który rozegrał się w Bytomiu, może dziać się w wielu innych miejscach w kraju.
To objaw systemowego problemu. Bytom nie jest wyjątkiem, tylko kolejnym miejscem, w którym ten system pękł w świetle kamer i mediów. Takie historie dzieją się w Polsce regularnie, tylko rzadko kiedy wychodzą poza lokalne środowiska.
Przetargi i pieniądze. Dlaczego system opieki nad zwierzętami nie działa?
Według Katarzyny Rezler, źródłem problemu jest sposób finansowania opieki nad schroniskami dla bezdomnych zwierząt. Gminy, choć zobowiązane do opieki, często zlecają to zadanie firmom wyłonionym w przetargach. Kluczowym kryterium jest cena. Wygrywa ten, kto zaoferuje najniższą stawkę, a niekoniecznie najlepsze warunki.
Jak podkreśla ekspertka, szczególnie niebezpieczny jest model, w którym gmina płaci jednorazową, z góry ustaloną kwotę za przyjęcie zwierzęcia.
Bo to model skrajnie patologiczny. Gmina płaci jednorazowo 1200, 2000 czy 2500 zł. W tej kwocie ma się zmieścić dożywotnia opieka nad zwierzęciem: wyżywienie, leczenie, praca opiekunów, utrzymanie infrastruktury. Ekonomicznie to się po prostu nie spina. Operator zaczyna zarabiać wtedy, gdy zwierzę żyje krótko albo szybko znika z systemu. To nie jest teoria spiskowa, tylko prosta matematyka.
Sytuacji nie poprawiają absurdalnie niskie stawki dzienne, które pojawiają się w umowach. Stawki rzędu 8, 10 czy 15 zł dziennie za psa, które mają pokryć także opiekę weterynaryjną, są zdaniem Rezler całkowicie nierynkowe i wymuszają oszczędności na leczeniu i karmieniu.
Eutanazja jako sposób na oszczędność? Mroczna strona schronisk
Jednym z najbardziej wstrząsających tematów poruszonych w wywiadzie jest eutanazja. Choć bywa aktem miłosierdzia, w patologicznym systemie może stać się narzędziem do "zarządzania kosztami". Jak wskazuje ekspertka, zdarzają się sytuacje, w których zwierzęta określane jako "stare", "trudne" czy "agresywne" są usypiane bez rzetelnej diagnostyki i próby leczenia.
Co więcej, niektóre schroniska boją się oddawać chore zwierzęta fundacjom lub do adopcji. Powód jest szokujący.
Boją się. Boją się, że ktoś pojedzie do innego lekarza, zrobi pełną diagnostykę i okaże się, że zwierzę było źle leczone albo nieleczone wcale. Boją się odpowiedzialności, kompromitacji, a czasem konsekwencji prawnych.
Rezler wspomina także o skrajnych przypadkach, gdy ten sam pies był rejestrowany w kilku gminach pod różnymi imionami, a każda z nich płaciła za jego rzekome utrzymanie.
Papier przyjmie wszystko. Kto odpowiada za dramat zwierząt?
Dlaczego oficjalne kontrole często nie wykazują nieprawidłowości? Zdaniem działaczki, inspekcje bywają zapowiadane i skupiają się głównie na dokumentacji i infrastrukturze. Nikt nie weryfikuje, czy eutanazja była zasadna, a leczenie faktycznie miało miejsce. - Papier przyjmie wszystko, zwierzę głosu nie ma - stwierdza.
Katarzyna Rezler podkreśla, że odpowiedzialność spoczywa zarówno na schronisku, jak i na gminie, która jest prawnym opiekunem zwierzęcia. Bierność samorządu w sytuacji, gdy wie o nieprawidłowościach, jest formą współodpowiedzialności za znęcanie się.
Tak można zatrzymać bezdomność zwierząt
Mimo ponurej diagnozy, istnieje światełko w tunelu. Przykładem jest gmina Aleksandrów Łódzki, gdzie udało się drastycznie ograniczyć problem bezdomności. Kluczem okazała się prewencja.
Zamiast wydawać ogromne środki na utrzymywanie zwierząt w schronisku, zainwestowaliśmy w bezpłatne sterylizacje i kastracje, obowiązkowe czipowanie finansowane przez gminę, szczepienia i edukację mieszkańców. (...) Prawo już dziś daje samorządom narzędzia. Problemem nie jest brak regulacji, tylko brak woli ich stosowania.
Jak podsumowuje ekspertka, bez zmiany myślenia, realnej kontroli i postawienia na prewencję, kolejne afery, takie jak ta w Bytomiu, są tylko kwestią czasu.