Spis treści
Kobieta znaleziona przy dworcu w Katowicach to nie Joanna Zawadzka
Jak podaje „Fakt”, policjanci ustalili dane kobiety odnalezionej w rejonie katowickiego dworca kolejowego. Informacje te zostały następnie potwierdzone przez członków jej rodziny. O przełomie w sprawie poinformowali przedstawiciele Komendy Miejskiej Policji w Katowicach.
Z ustaleń portalu wynika, że kobieta, która nie była w stanie podać swojego imienia, nazwiska ani adresu zamieszkania, nie jest Joanną Zawadzką, zaginioną niemal trzy dekady temu. Mimo licznych sygnałów o podobieństwie do poszukiwanej, śledztwo doprowadziło do ustalenia jej prawdziwej tożsamości. Kobietę odnaleziono 14 czerwca w pobliżu dworca, bez dokumentów i rzeczy pozwalających na identyfikację. Obecnie przebywa w jednym z katowickich szpitali, gdzie pozostaje pod opieką specjalistów.
Funkcjonariusze sprawdzali wszystkie napływające informacje i analizowali różne możliwe scenariusze. Jednym z nich był trop prowadzący do Joanny Zawadzkiej z Kikoła, która zaginęła 29 lat temu. Odnaleziona kobieta jest szczupłą brunetką z krótkimi włosami i wygląda na około 45 lat. W dniu odnalezienia miała na sobie czarne ubranie i pantofle. Ponieważ wiek Joanny Zawadzkiej, gdyby żyła, wynosiłby dziś 49 lat, część internautów uznała podobieństwo za na tyle duże, że poinformowała o nim służby.
Tajemnicze zaginięcie Joanny Zawadzkiej z Kikoła. W tle spór o ojcostwo
Joanna Zawadzka przyszła na świat 30 lipca 1977 roku w Lipnie. Dorastała w Kikole w województwie kujawsko-pomorskim wraz z rodzicami i braćmi. Jako 18-latka została mamą córki Klaudii. Jej historia od początku budziła wiele pytań, ponieważ młoda kobieta nigdy nie ujawniła, kto jest ojcem dziecka. Mimo ciąży ukończyła szkołę i zdała maturę, a najbliżsi wspierali ją w opiece nad córką. Klaudia urodziła się 25 maja 1996 roku, dzień po zakończeniu egzaminów maturalnych.
Kwestia ojcostwa dziewczynki wielokrotnie prowadziła do rodzinnych sporów. Ojciec Joanny chciał, by biologiczny ojciec dziecka został ustalony i ponosił koszty jego utrzymania. Sama Joanna konsekwentnie unikała tego tematu. Znajomi wspominali, że rozmowy o ojcu Klaudii wyraźnie ją przygnębiały. Wieczorem 17 lutego 1997 roku wyszła z domu do przyjaciółki, która miała pomóc jej naprawić nosidełko dla niemowlęcia. Zabrała ze sobą także album ze zdjęciami córki, choć podczas spotkania nie pokazywała fotografii.
Po niespełna pół godzinie opuściła mieszkanie koleżanki i ruszyła w kierunku domu. Nigdy jednak tam nie dotarła. Trop urwał się bezpowrotnie. Policyjny pies doprowadził śledczych jedynie do okolic żwirowni znajdującej się niedaleko miejscowości. To właśnie tam, według jednej z hipotez, mogło dojść do ukrycia ciała młodej kobiety. Pomimo wieloletnich poszukiwań nie odnaleziono ani Joanny, ani jej szczątków. Po blisko 30 latach od zaginięcia śledczy nadal nie znają odpowiedzi na pytanie, co wydarzyło się tamtej nocy.
Rodzina identyfikuje kobietę z dworca PKP w Katowicach
Jak podkreśla „Fakt”, przełom nastąpił po publikacji zdjęcia odnalezionej kobiety. Wówczas do służb zgłosili się członkowie jej rodziny, którzy potwierdzili jej tożsamość. Wcześniej w przestrzeni publicznej pojawiały się przypuszczenia, że może mieć związek ze sprawą zaginięcia Joanny Zawadzkiej. Policja zaznacza jednak, że odnaleziona kobieta nie figurowała jako osoba zaginiona.
- Policjanci ustalili tożsamość kobiety, którą potwierdziła jej rodzina. Kobieta nie jest zaginioną Joanną Zawadzką – mówi "Faktowi" podkom. Dominik Michalik z Komendy Miejskiej Policji w Katowicach.
Jak przekazał policjant, kobieta nadal przebywa w szpitalu. Jej stan jest stabilny, a życiu i zdrowiu nie zagraża niebezpieczeństwo.