Spis treści
Dramatyczne chwile na izbie przyjęć w Jastrzębiu-Zdroju
17 marca 2023 roku w Jastrzębiu-Zdroju 49-letni pan Tomasz poczuł się źle. Silny, nasilający się ból po jednej stronie ciała zmusił rodzinę do wezwania pogotowia. Zespół ratownictwa medycznego zdecydował o natychmiastowym transporcie mężczyzny do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 2. Z informacji "Dziennika Zachodniego" wynika, że na izbie przyjęć zajmował się nim wyłącznie personel pielęgniarski. To one przeprowadziły badanie EKG i podały kroplówkę, działając na polecenie doświadczonej lekarki, Małgorzaty F. Problem polegał na tym, że lekarka udzielała konsultacji wyłącznie telefonicznie. Nie zobaczyła pacjenta, a wyniki badań oceniła na odległość, podejmując decyzję o wypisaniu 49-latka do domu. Pan Tomasz prosił o pomoc, skarżąc się na ból. Nawet pielęgniarki miały wątpliwości co do jego stanu, dlatego ponownie zadzwoniły do lekarki.
"On pytał: czy jutro się obudzę? Czy będę żył? To widocznie ruszyło pielęgniarkę. (...) Ale decyzja nie została zmieniona" - wspominał pan Walenty, ojciec Tomasza, cytowany przez "Dziennik Zachodni".
Zaraz po wyjściu ze szpitala stan 49-latka drastycznie się pogorszył. Mężczyzna zaczął opadać z sił, w końcu upadł i stracił przytomność.
"Zdołałem go złapać, osunął mi się na biodrze. Nie dawał oznak życia. Popędziłem na izbę przyjęć, przybiegł personel i zaczął go reanimować. Lekarka nie wyszła" - relacjonował pan Walenty.
Reanimacja nie przyniosła rezultatu, a pan Tomasz zmarł niemal na progu placówki. Eksperci sugerują, że gdyby pozostał w szpitalu, jego szanse na przeżycie mogłyby być większe.
Pęknięcie aorty i apelacja skazanej lekarki
Sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną zgonu 49-latka było rozwarstwienie aorty, które doprowadziło do pęknięcia i masywnego krwotoku wewnętrznego. Biegli są zdania, że gdyby pan Tomasz otrzymał odpowiednią pomoc na czas, miałby szansę na przeżycie. Specjaliści wskazują na ewidentne błędy Małgorzaty F., m.in. brak osobistego badania pacjenta i zignorowanie przyczyny silnego bólu w klatce piersiowej.
Sąd pierwszej instancji uznał lekarkę winną narażenia pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Skazano ją na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata, grzywnę oraz dwuletni zakaz wykonywania zawodu. Obrona złożyła jednak apelację. Argumentuje, że stan pacjenta był krytyczny, a szpital nie posiadał oddziału kardiochirurgicznego, co zmniejszało jego szanse na przeżycie.
W toku procesu apelacyjnego obrona wnosi o łagodniejszy wyrok, podczas gdy prokuratura i oskarżyciele posiłkowi żądają surowszej kary. Rodzina domaga się zmiany kwalifikacji czynu na nieumyślne spowodowanie śmierci, trzyletniego okresu zawieszenia kary, pięcioletniego zakazu wykonywania zawodu oraz zadośćuczynienia po 50 tys. zł. Powołują się na opinie biegłych, według których zaniechania lekarki w sposób skrajny zwiększyły zagrożenie życia pacjenta. Prawomocny wyrok ma zapaść w marcu 2026 roku.