Do dramatu doszło około 20 minut po północy w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia, w pobliżu miejscowości Pohořelice niedaleko Brna. Polacy wracali właśnie do domu, gdy na drogę wybiegł dzik. Ich samochód uderzył w zwierzę, ale według dostępnych informacji wszyscy podróżujący byli po tym zderzeniu przytomni.
Na drodze zatrzymał się inny kierowca, który chciał udzielić poszkodowanym pomocy. Wtedy w stojące pojazdy z dużą prędkością uderzył kolejny samochód. Skutki drugiego zderzenia okazały się tragiczne.
Trzy osoby zginęły na miejscu
Życia Patrycji, jej niespełna dwuletniego synka Huberta oraz ich przyjaciółki Magdaleny nie udało się uratować. W wypadku zginęła również należąca do rodziny suczka rasy border collie o imieniu Luna. Marcin i jego drugi syn Tymek zostali przewiezieni do szpitala w Brnie. Lekarzom udało się uratować ich życie.
Bliscy ofiar długo nie mogli uwierzyć w wiadomość o tragedii. Jeszcze kilka godzin wcześniej rozmawiali z Magdaleną, która zapowiadała swój powrót do Polski.
– Jesteśmy w szoku. Trudno w to uwierzyć. Wszyscy się znamy od ponad 20 lat, a z Madzią jeszcze dłużnej. Chyba od piętnastego roku życia. Z Madzią byłyśmy bliskimi przyjaciółkami. Marcin, Patrycja działali w Fundacji Piastun. Mamy też takie nieformalne stowarzyszenie Babi Krąg. Bardzo pomagali, byli bardzo otwarci na innych. Tyle osób doświadczyło od nich pomocy, ciepłego słowa – mówi Justyna Karwot, przyjaciółka rodziny.
Jak wspomina, w nocy 31 lipca rozmawiała jeszcze z Magdaleną. Kobieta przekazała jej, że około godz. 3 powinna być już w domu.
– Napisał mi „zarezerwuj dla mnie sobotę”. Miałyśmy się spotkać po przyjedzie, żeby pogadać, bo my zawsze nie mogłyśmy się nagadać. Potem zasnęłam, a po przebudzeniu nawet napisałem do niej „Madzik, myślę, że śpisz jak suseł, mam nadzieję, że zajechaliście bezpiecznie, jak wstaniesz daj znać”. Potem do mnie dzwonił brat Magdy i sam Marcin. Marcin był na lekach, w szoku, uruchomił jedyny telefon, jaki miał, telefon od Magdy. Mówił mi, że był wypadek, ale nie wiedząc jeszcze, co się stało i że ktoś nie żyje – opowiada pani Justyna.
Oficjalna informacja o śmierci Magdaleny dotarła do jej rodziny w sobotę około południa. Do mieszkania jej rodziców przyszli policjanci, którzy przekazali tragiczne wieści.
Marcin i Tymek wrócili do Polski
Początkowo pojawiły się trudności z przewiezieniem rannych do kraju. Ostatecznie bezpłatny transport medyczny z Czech zorganizowała Zintegrowana Służba Ratownicza. Marcin i Tymek trafili do szpitala w Piekarach Śląskich, gdzie kontynuują leczenie.
„Są takie wyjazdy, których nie da się zapomnieć i pozostają w sercu na zawsze. Wczoraj jeden z zespołów Zintegrowanej Służby Ratowniczej nieodpłatnie zrealizował transport medyczny Marcina i Tymka z Czech do Polski. To była misja, której nikt nie chciałby kiedykolwiek wykonywać” – przekazali ratownicy.
Po powrocie do kraju Marcin podziękował wszystkim osobom zaangażowanym w pomoc. Przyznał, że po przyjęciu do szpitala lekarze dawali mu 30 proc. szans na przeżycie.
„Jak wiadomo świat wywrócił się do góry nogami i serce. Straciłem prawie wszystko, co miałem. Kochaną żonę Patrycję, kochanego 18 miesięcznego Hubcia i super przyjaciółkę Madzię. Na szczęście mamy z Tymkiem takie wsparcie, że naprawdę, pomimo tego co się wydarzyło, nie możemy uwierzyć, co się dzieje” – napisał.
Mężczyzna podziękował również pracodawcy swojej zmarłej żony, który miał zapewnić rodzinie pomoc międzynarodowej kancelarii prawnej.
Ruszyły zbiórki dla poszkodowanych
Patrycja, Marcin i Magdalena byli związani z Fundacją Piastun Wyrównywanie Szans i przez lata pomagali innym. Po tragedii to ich bliscy potrzebują wsparcia. W internecie uruchomiono zbiórki na leczenie i rehabilitację Marcina oraz Tymka, a także na sprowadzenie do Polski ciał zmarłych.
Jak przekazują bliscy, polisa ubezpieczeniowa podróżnych wygasła 31 lipca, natomiast do wypadku doszło już 1 sierpnia, około 20 minut po północy. W akcję pomocy włączyli się m.in. kibice i piłkarze Ruchu Chorzów, któremu od lat kibicuje Marcin.