2-letni Szymon z Będzina zmarł w niewyobrażalnych męczarniach. Jego matka wyszła już na wolność

Dwulatek z Będzina stracił życie, ponieważ przeszkadzał swojemu ojcu w odpoczynku. Zwłoki chłopca zostały odkryte przypadkiem w okolicach stawu hodowlanego w Cieszynie przez przechodzące tamtędy dzieci. Przez kilkadziesiąt miesięcy służby bezskutecznie próbowały ustalić, kim jest ofiara, a wizerunek malca obiegł całą Polskę. Kulisy śmierci małego Szymona oraz cierpienie, jakiego doświadczył, okazały się przerażające. Wiele kontrowersji wzbudza do dzisiaj wysokość kar wymierzonych sprawcom, które modyfikowano aż trzykrotnie. Matka dziecka przebywa już na wolności.

Makabrycznego znaleziska dokonano w marcu 2010 roku, jednak początkowo nie było jasne, jaka tragedia doprowadziła do śmierci dziecka. Jego ciało zostało zauważone niedaleko stawu hodowlanego w Cieszynie przez dwóch przechodzących obok chłopców. O sprawie natychmiast powiadomiono dorosłych i służby, co zapoczątkowało skomplikowane śledztwo. Zadania nie ułatwiał całkowity brak śladów na miejscu zdarzenia, gdzie leżał jedynie jasnowłosy chłopczyk ubrany w spodnie, bluzę oraz niewielką kurtkę. Fotografie malucha opublikowano w mediach na terenie całego kraju w nadziei na szybką identyfikację. Niestety, ten ruch nie przyniósł skutku. W sprawę zaangażowano cały śląski garnizon policji i utworzono specjalną grupę dochodzeniowo-śledczą. Jak podkreślał wówczas ówczesny komendant śląskiej policji Andrzej Matejuk, śledczy brali pod uwagę przede wszystkim hipotezę o śmiertelnym pobiciu dziecka i porzuceniu jego zwłok przez opiekunów. Funkcjonariusze pukali do wielu drzwi, przeprowadzając wywiady w rodzinach, w których w 2008 roku przyszło na świat dziecko, ponieważ eksperci ocenili wiek ofiary na około dwa lata.

Sonda
Czy kary za dzieciobójstwo w Polsce są odpowiednie?

Śledztwo w sprawie Szymona z Będzina utknęło w martwym punkcie. Przełomem okazał się telefon

Policjanci musieli zweryfikować szczegółową listę ponad 40 tysięcy dzieci urodzonych wyłącznie na terenie województwa śląskiego. Funkcjonariusze wielokrotnie podkreślali w późniejszym okresie, że największym i najtrudniejszym wyzwaniem w całym dochodzeniu była właśnie odpowiednia identyfikacja zamordowanego malucha.

Przez ponad dwa lata organy ścigania nie były w stanie dowiedzieć się, kim są rodzice zmarłego, a sam chłopiec spoczął w bezimiennym grobie z tabliczką brzmiącą: „Chłopczyk. Żył około 2 lat”. W pewnym momencie trop prowadził do obywatelki Czech przebywającej w Cieszynie, na co miały wskazywać specyficzne rysy twarzy dziecka. Pomimo zaangażowania ogromnych sił, postępowanie ostatecznie umorzono z powodu niewykrycia sprawców. Zaskakujący punkt zwrotny nastąpił dopiero kilka miesięcy później, gdy do będzińskiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej zadzwoniła mieszkanka ulicy Piłsudskiego. Kobieta poinformowała urzędników, że od dłuższego czasu nie widuje dziecka swoich sąsiadów. Właśnie na taką wiadomość policjanci czekali od kilkudziesięciu miesięcy, by ostatecznie rozwikłać mroczną zagadkę tajemniczego dziecka.

Sąsiadami okazali się Beata Ch. oraz Jarosław R., którzy mieli zaplanowany wywiad środowiskowy z pracownikami socjalnymi, jednak nagle zniknęli tuż przed wspomnianym telefonem do urzędu. Zaniepokojona matka mężczyzny, nie mogąc skontaktować się z synem i jego partnerką, zgłosiła sprawę na policję, przekazując funkcjonariuszom fotografie pary oraz zaginionego wnuczka. Śledczy natychmiast połączyli ze sobą te błyskawiczne wątki. Kiedy rodzice po jakimś czasie wrócili do swojego mieszkania w Będzinie, zostali z miejsca zatrzymani przez kryminalnych, którzy z ukrycia obserwowali okolicę. W akcję zaangażowano niemal cały stan osobowy miejscowej komendy.

W trakcie dalszych czynności operacyjnych wyszło na jaw, że kobieta już od 2007 roku inkasowała wsparcie finansowe na każde ze swoich dzieci, a dwa lata później zaczęła dodatkowo pobierać dodatek dla rodzin wielodzietnych. Takie informacje przekazali organom ścigania urzędnicy z będzińskiego magistratu. Kluczowym dowodem okazały się jednak specjalistyczne testy genetyczne, które dały stuprocentową pewność, że w stawie odnaleziono ciało Szymonka – syna Beaty i Jarosława.

Lekarze przeprowadzający autopsję nie mieli litości dla sprawców – z ich raportu wynikało jasno, że dziecko konało w niewyobrażalnych męczarniach przez trzy doby. Według doniesień dziennika „Super Express”, dwulatek cierpiał na potężną biegunkę, wymioty, miał wysoką gorączkę i nie mógł normalnie oddawać moczu. Wraz z nasilającymi się dolegliwościami pojawiło się duszności wywołane ostrym zapaleniem płuc. Zgromadzone przez biegłych dowody wskazywały bezsprzecznie, że ofiara nosiła znamiona typowe dla „zespołu dziecka maltretowanego”. Chłopiec przeraźliwie szlochał z powodu rozrywającego bólu w jamie brzusznej, uspokajając się jedynie w momentach całkowitej utraty przytomności. Sekcja wykazała, że jelito cienkie było uszkodzone w dwóch różnych miejscach: dziurawe i naderwane, co w konsekwencji wywołało ostre zapalenie otrzewnej. Skala cierpienia była tak wielka, że maluch odgryzł sobie fragment wargi. Śledczy byli w tej kwestii wyjątkowo zgodni – chłopczyk nie zmarł szybko, lecz doświadczał prawdziwych katuszy.

Badania specjalistów ostatecznie wykazały, że tragiczny zgon dziecka nastąpił bezpośrednio w mieszkaniu we wczesnym lutym 2010 roku, najpewniej podczas jego snu. Jeszcze w fazie przygotowań do oficjalnego procesu sądowego obojga opiekunów udowodniono, że ofiara doświadczała domowej przemocy ze strony dorosłych już w wieku niemowlęcym. Oboje zostali schwytani przez funkcjonariuszy policji w 2012 roku.

Ojciec Szymona z Będzina katował chłopca, ponieważ 2-latek przeszkadzał mu w relaksie

Sprawa sądowa rozpoczęta w Sądzie Okręgowym w Katowicach w 2013 roku przykuła uwagę mieszkańców niemal całej Polski. Jak wynikało z szerokich doniesień prasowych, Jarosław R. regularnie krzywdził swojego syna, argumentując, że dziecko „nie dawało mu się zrelaksować” po ciężkim dniu pracy. Z akt sprawy wynika, że oprawca z taką furią zakrywał usta malucha, że na jego twarzy pozostały zasinienia od palców, a następnie z pełnym impetem uderzał go w brzuch. Jego partnerka, Beata Ch., przebywała wówczas ze swoją córką w sąsiednim pomieszczeniu. Twierdziła, że słyszała jedynie głuche odgłosy ciosów oraz rozdzierający płacz. Kolejnego dnia zmasakrowane dziecko było już w niezwykle krytycznym stanie – odmawiało jedzenia, leżało w gorączce i zanosiło się szlochem. Miało również problemy z wypróżnianiem. Zamiast wezwać pomoc, ojciec wlewał do ust cierpiącego syna rozwór z solą, wymuszając to całkowicie siłą. Opiekunowie z premedytacją zrezygnowali z wizyty w przychodni, doskonale wiedząc, że medycy dostrzegą ślady brutalnego pobicia i natychmiast zaalarmują służby.

Kiedy po kilku dniach wyniszczającej agonii oraz kolejnych uderzeniach dziecko nagle przestało oddychać, oprawcy podjęli nieudolną próbę sztucznej reanimacji, która oczywiście nie przyniosła żadnego rezultatu. Prawdziwą przyczynę śmierci ujawniono później – to bezpośrednie obrażenia narządów brzucha. Gdy dorośli w końcu zrozumieli, że malec nie żyje, zaczęli gorączkowo wymyślać makabryczny sposób na bezpieczne pozbycie się ciała. Planowali spalenie zwłok, zamurowanie ich we własnym mieszkaniu czy zaplanowaną mistyfikację porwania. Finalnie zapadła decyzja o zapakowaniu zwłok do pojazdu i porzuceniu ich na uboczu, bardzo daleko od miejsca stałego zamieszkania. W czasie tej upiornej podróży wrócili do samochodu, gdzie na tylnym siedzeniu cały czas czekały na nich dwie pozostałe córki w wieku niespełna roku oraz czterech lat.

Materiał fotograficzny dokumentujący tę wstrząsającą sprawę można obejrzeć w specjalnie przygotowanej galerii. Dalsza treść materiału znajduje się w sekcji pod nią.

Prokuratura poinformowała oficjalnie, że dorośli odpowiedzą za morderstwo, unikanie udzielenia pierwszej pomocy medycznej oraz celowe wyłudzenia ze środków będzińskiego urzędu miasta. Beata Ch. posunęła się w swojej perfidii nawet do tego, że przyniosła do lokalnej przychodni własnego wnuczka, by podszyć się pod zmarłego syna i odbyć z nim obowiązkowe szczepienie, co miało zatrzeć wszelkie ślady. Podczas żmudnego śledztwa sądowego żadne z zatrzymanych nie przyznało się do zbrodni, bezustannie zrzucając z siebie odpowiedzialność i przerzucając winę z jednego na drugie.

Ojciec chłopca zaciekle przekonywał, że to matka rzucała się na malucha na kolana i wymierzała mu ciosy, podczas gdy ona kategorycznie zaprzeczała, wskazując na partnera. Głos zabrała również pani Zenobia, matka mężczyzny. Kobieta utrzymywała początkowo, że jej ukochany syn troszczył się o dzieci i nigdy nie podnosił na nie ręki. Z początku identycznie oceniała swoją synową, lecz niedługo potem wycofała się z tych słów i przyznała przed orzekającymi, że Beata Ch. faktycznie zbiła chłopczyka po rękach. Według ustaleń „Super Expressu”, sędzia poprosił świadka o wyjaśnienia dotyczące prywatnych listów od aresztowanego syna. Okazało się, że zza krat przemycał do niej wiadomości instruujące ją do krzywoprzysięstwa. – Mów, że to ona była zła, a nie ja. Że dzieci pytają o mnie, a nie o Beatę – brzmiał cytat w listach, w których mężczyzna gęsto obrażał partnerkę, rzucając, że bezwzględnie „musi zgnić w więzieniu”.

Służbom udało się łącznie zabezpieczyć cztery takie notatki, z czego aż dwie odnaleziono dopiero w trakcie rewizji u matki podejrzanego, która zarzekała się, że otrzymywała je standardową pocztą i absolutnie nikt nie wpływał na treść jej zeznań, choć oskarżony wprost przyznał się śledczym do zredagowania tych tekstów.

Starsza kobieta przez niezwykle długi czas nie miała nawet pojęcia, że wnuczek nie stąpa już po ziemi. Wyrodni rodzice regularnie ją oszukiwali, podtykając fałszywe fotografie w komórkach i zarzekając się, że brzdąc bawi się obecnie u drugiego dziadka. Straciła te złudzenia dopiero dwadzieścia cztery miesiące później po potwierdzeniu tożsamości topielca z Cieszyna. Zarówno oskarżyciele, jak i obrona złożyli formalny wniosek do sędziego, by całkowicie anulować kobiecie pozycję oskarżyciela posiłkowego ze względu na ryzyko stronniczości. Sąd nie zgodził się na taki krok, uznając, że z własnej perspektywy oceni prawdziwość jej wypowiedzi na samej sali rozpraw.

Kary dla rodziców Szymona z Będzina były wielokrotnie zmieniane. Matka dziecka opuściła zakład karny

Oskarżyciele na początku procesu wnioskowali o piętnaście lat odsiadki, jednak w apelacji żądali już dla obojga dożywotniego pozbawienia wolności. Argumentowano, że sprawcy dokonali wyrachowanego morderstwa polegającego na powstrzymaniu się od niesienia ratunku ofierze po bardzo silnym uderzeniu w brzuch zadanym przez mężczyznę. Kobieta, mimo braku uczestnictwa w samej napaści fizycznej, nie próbowała ratować małego Szymona w chwili jego wielodniowego konania. Znęcający się nad malcem ojciec drastycznie dołożył się do agonii, pojąc go szkodliwym, słonym roztworem. Biegli specjaliści stanowczo zaznaczyli, że ewentualna wizyta w placówce zdrowotnej zaraz po pogorszeniu się samopoczucia malucha na pewno uratowałaby go przed najgorszym. Taka realna możliwość istniała zdaniem lekarzy nawet kilka godzin przed zgonem chłopca.

Pierwszy finał rozpraw nadszedł w maju 2015 roku, kiedy to Sąd Okręgowy w Katowicach przypisał ojcowskiemu oprawcy, Jarosławowi R., karę dokładnie dziesięciu lat spędzonych w celi. Skazano go za trwałe uszkodzenie zdrowia, które poskutkowało przypadkowym zejściem ofiary, tak jak ujęto to w protokole. Beata Ch., czyli matka, została ukarana odsiadką rzędu pięciu lat. Odpowiadała za nieodpowiedzialne sprowadzenie niebezpieczeństwa śmiertelnego oraz nieumyślne zabójstwo syna. Oczywiście sędzia uwzględnił też proceder nielegalnego czerpania korzyści z pomocy społecznej.

Decyzja ta odbiła się szerokim echem wśród obserwujących rozprawę rodaków i wywołała powszechny niesmak, a oficjalne zażalenia wpłynęły szybko z obu stron barykady. Sędziowie z sądu apelacyjnego cofnęli wcześniejsze postanowienie i wymusili rozpoczęcie wszystkiego na nowo. Główną przyczyną rewizji był fakt, że oboje rodzice wykazali pełną bierność przy widoku katowanego i konającego malca, a zatem doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że umiera on na ich oczach.

Przełomowy, bo nowy wyrok ogłoszono oficjalnie na początku czerwca 2017 roku. Katowicki wymiar sprawiedliwości zaostrzył kary, wymierzając oskarżonej okrągłe dziesięć lat izolacji, a agresywnemu partnerowi dwa lata więcej. Zdeterminowani prokuratorzy po raz kolejny nie złożyli broni i uderzyli do wyższej instancji z nadzieją na dożywocie. Drugie podejście poskutkowało wydaniem w maju 2018 roku nieodwołalnej i powszechnie komentowanej decyzji. Nałożony okres pozbawienia wolności ponownie zwiększono, choć i tak część zainteresowanych sprawą nie ukrywa złości z powodu ich ostatecznej wysokości. Według wyroku Jarosław R. zniknął z ulic na piętnaście lat, z kolei jego wspólniczka na lat trzynaście.

Jak donosi gazeta codzienna „Fakt”, matka ostatecznie wyszła już na zewnątrz na wolność. Co jednak najistotniejsze, bliscy krewni kategorycznie się od niej odwrócili, podkreślając otwarcie w mediach, że nikt z otoczenia rodziny absolutnie „nie chce jej znać”.

Pokój Zbrodni - Szymon z Będzina

ROLKI