Spis treści
- Dramat w Mysłowicach. Śmierć dwuletniego Marka po kłótni rodziców
- Brak świadków zdarzenia. Magdalena W. obwiniała o wszystko małego Wiktora
- Matka 2-letniego Marka z Mysłowic dzwoniła do znajomych. Ojciec reanimował chłopca
- Rodzinne sekrety i wcześniejsze tragedie. Magdalena W. traciła już dzieci
- Finał głośnej sprawy zabójstwa. Sąd Apelacyjny w Katowicach podjął ostateczną decyzję
Dramat w Mysłowicach. Śmierć dwuletniego Marka po kłótni rodziców
Tragiczne sceny rozegrały się w połowie maja 2022 roku w bloku zlokalizowanym przy ulicy Wielka Skotnica w Mysłowicach. W mieszkaniu przebywała wówczas Magdalena W., jej konkubent oraz dwójka małych chłopców: czteroletni Wiktor i dwuletni Marek. Z ustaleń organów ścigania wynika, że tamtego ranka pomiędzy dorosłymi wywiązała się ostra awantura, której powodem były pretensje partnera o zbyt późne wybudzenie. Zdenerwowany mężczyzna opuścił lokal, jednak niedługo później, w okolicach godziny 10:00, kobieta zaczęła nieustannie inicjować z nim połączenia telefoniczne, zmuszając go ostatecznie do powrotu. Kiedy tylko ojciec przekroczył próg mieszkania, natychmiast zorientował się, że najmłodszy członek rodziny nie daje żadnych oznak życia. Mężczyzna niezwłocznie przystąpił do akcji reanimacyjnej i wezwał na miejsce służby ratunkowe, ale życia małego chłopca nie udało się już uratować.
Brak świadków zdarzenia. Magdalena W. obwiniała o wszystko małego Wiktora
Kiedy doszło do tragedii, w czterech ścianach przebywała wyłącznie oskarżona z dwójką pociech, przez co organy ścigania nie dysponowały bezpośrednimi relacjami osób trzecich. Sama Magdalena W. uparcie forsowała tezę o rzekomym nieszczęśliwym incydencie, którego głównym sprawcą miał być starszy z braci. Według przedstawianej przez nią wersji wydarzeń, chłopcy mieli bawić się wspólnie w pokoju, podczas gdy ona oddawała się drzemce. Wybudziwszy się z niej, miała rzekomo ujrzeć dramatyczny widok, a czteroletni Wiktor miał samodzielnie zrelacjonować matce szczegóły zdarzenia, twierdząc, że zamknął młodszego braciszka w skrzyni wersalki, gdzie ten udusił się pod ciężarem opadającego wieka.
- Gdy znalazłam Marka, on miał głowę w tym pojemniku w wersalce. Podniosłam go, był leciutki i głowa mu leciała. Zaczęłam się drzeć na Wiktora: „Coś ty zrobił, Marek nie żyje!”. Wiktor mi powiedział, że otworzył narożnik i zamknął Marka w środku. Zadzwoniłam po partnera. Nie zadzwoniłam na pogotowie, bo byłam w szoku – zeznawała Magdalena W., cytowana przez gazetę „Wprost”.
Zapewnienia oskarżonej nie wzbudziły jednak zaufania wśród śledczych prowadzących sprawę, a cała historia zakończyła się dla niej zarzutami o dokonanie zabójstwa własnego dziecka. Przeprowadzona szczegółowo sekcja zwłok jednoznacznie udowodniła, że dwulatek stracił życie poprzez gwałtowne odcięcie dopływu tlenu, na co jednoznacznie wskazywała pełna dokumentacja medyczna oraz opinie powołanych ekspertów.
- Bezpośrednią przyczyną zgonu było gwałtowne uduszenie na skutek zatkania ust i nosa, co doprowadziło do zgonu. Wykluczono, jakoby był to wypadek. Dowody nie wskazują ponadto, by starszy brat przyczynił się do śmierci chłopca, a całość obrażeń ofiary powstała w mechanizmie zatkania otworów oddechowych. Nie mogły one powstać w wyniku zamknięcia wieka tapczanu, nie mógł też starszy brat udusić młodszego, używając swoich rąk – mówił Witold Mazur, przewodniczący składu sędziowskiego, który zajmował się tą sprawą.
Matka 2-letniego Marka z Mysłowic dzwoniła do znajomych. Ojciec reanimował chłopca
Organy śledcze szybko zgromadziły kolejne materiały dowodowe, które zdecydowanie obciążały zatrzymaną kobietę. Ustalono bowiem, że już od ósmej rano Magdalena W. kontaktowała się telefonicznie z różnymi osobami, domagając się pilnego wezwania swojego partnera z miejsca pracy, przy czym twardo ukrywała powód tak nagłej potrzeby spotkania. Podczas trwających łącznie około siedemnastu minut rozmów, nie wykonała ona ani jednego telefonu do dyspozytorni medycznej czy pod numer alarmowy. Dopiero gdy ojciec dzieci dotarł do mieszkania o godzinie 10:28, zdesperowany od razu połączył się z operatorem numeru 112 i samodzielnie walczył o przywrócenie funkcji życiowych dwulatka aż do momentu zjawienia się załogi karetki pogotowia.
- Oskarżona nikomu nie podała wówczas powodów, w jakich okolicznościach syn stracił życie. Ani konkubentowi, ani ratownikom, ani policji. Dopiero 26 maja, kiedy przeprowadzono eksperyment procesowy, zaczęła mówić, że to wypadek, że podczas zabawy chłopaków starszy brat przytrzasnął młodszego wiekiem tapczanu – przytaczał sędzia Witold Mazur.
Podczas trwania procesu sądowego dokładnie przeanalizowano stan psychiczny oskarżonej oraz motywy, jakimi mogła się kierować podczas dokonywania tego bestialskiego czynu. Na sali rozpraw wielokrotnie podkreślano jej ogromne deficyty w strefie emocjonalnej, problemy z adaptacją do otoczenia, bardzo niski poziom rozwoju intelektualnego oraz całkowity brak umiejętności panowania nad własnymi emocjami.
- Oskarżona popada w zdenerwowanie, a uczucie złości i zmęczenie wychowywaniem dzieci przyczyniło się do sytuacji nerwowej – uzasadniał sędzia i dodał, że matka 2-letniego Marka wyładowała się w ten sposób, że udusiła własne dziecko. Jej działania były nieadekwatne do sytuacji, a lęk przed odpowiedzialnością spowodował, że przerzucała sprawstwo na drugiego syna.
Rodzinne sekrety i wcześniejsze tragedie. Magdalena W. traciła już dzieci
Prowadzone śledztwo odsłoniło także mroczną przeszłość rodziny, ujawniając, że Magdalena W. wydała na świat łącznie czwórkę potomstwa. Trzynastoletnie dziecko trafiło pod opiekę rodziny zastępczej z uwagi na pozbawienie kobiety praw rodzicielskich, natomiast kolejny noworodek zmarł po upływie zaledwie czterech miesięcy od narodzin. Z informacji opublikowanych przez dziennikarzy "Wprost" wynikało, że medycy zaklasyfikowali wówczas tamto zdarzenie jako zespół nagłej śmierci łóżeczkowej. W sieci momentalnie rozgorzały burzliwe dyskusje i mnożyły się pytania o ewentualne możliwości uniknięcia tragedii, biorąc pod uwagę widoczną nieporadność życiową i dysfunkcyjne zachowania kobiety w minionych latach.
Podczas składania zeznań zatrzymana wyznała również, że nosiła się z zamiarem opuszczenia swojego konkubenta, lecz ostatecznie zrezygnowała z tego kroku z uwagi na dobro ich wspólnego potomstwa.
– Jestem zmęczona swoim życiem, chciałam zmiany dla siebie, mieć normalnego faceta, który kochałby mnie i dzieci – mówiła przed sądem.
Wiosną 2024 roku Sąd Okręgowy w Katowicach ogłosił pierwotne orzeczenie, nakładając na wyrodną matkę 15 lat pozbawienia wolności. Takie rozstrzygnięcie wywołało stanowczy sprzeciw katowickiej Prokuratury Okręgowej, która niezwłocznie wniosła apelację. Według oskarżyciela, Aleksandra Dudy, kobieta działała z bezpośrednim i zaplanowanym zamiarem odebrania życia dwulatkowi, co ostatecznie z powodzeniem zrealizowała. Z tego względu organy ścigania bezwzględnie domagały się wymierzenia jej kary dożywocia.
Zupełnie odmienną narrację prezentował reprezentant prawny oskarżonej, który do samego końca batalii sądowej obstawał przy całkowitej niewinności swojej klientki. Taką samą wersję konsekwentnie podtrzymywała również główna zainteresowana tą sprawą.
- Wiem, jak sytuacja wygląda, ale jestem niewinna, krzywdy bym nie zrobiła synowi. Jestem osobą nerwową, mam skłonność do agresji, ale nie pozbawiłam życia syna. Wcześniej też straciłam dziecko, ale to była śmierć łóżeczkowa. Nie jestem mamą idealną, lecz kochałam swoje dzieci. Na tej sali wszyscy myślą o mnie źle, myślą że jestem zwyrodnialcem. To nieprawda – przekonywała podejrzana.
Adwokat kobiety nieustępliwie argumentował, że śmierć małoletniego była wynikiem fatalnego zbiegu okoliczności podczas chłopięcych zabaw. Linia obrony paradoksalnie dostarczyła jednak prokuraturze kolejnych argumentów obciążających. Przedstawiciele państwa uznali bowiem, że próba zrzucenia ciężaru gatunkowego zbrodni na zaledwie czteroletnie dziecko jest jawnym dowodem potężnej demoralizacji oskarżonej. Zwrócono także szczególną uwagę na ogromny stopień szkodliwości społecznej popełnionego przez nią morderstwa.
- Oskarżona Magdalena W. nie tylko udusiła swoje dziecko, ale stosowała też wobec synów przemoc i wyzwiska – wyliczała prokuratura.
Potwierdzeniem tych drastycznych tez miał być specjalistycznie zabezpieczony materiał dowodowy w postaci pliku wideo. Na krótkim nagraniu zrealizowanym przy użyciu smartfona przez czteroletniego Wiktora, wyraźnie zarejestrowano wulgarne i agresywne zachowanie matki względem swoich synów.
Finał głośnej sprawy zabójstwa. Sąd Apelacyjny w Katowicach podjął ostateczną decyzję
Ostateczne rozstrzygnięcie w tej wstrząsającej sprawie zapadło całkiem niedawno, a dokładnie 9 września 2025 roku. Katowicki Sąd Apelacyjny utrzymał tezę o morderstwie z zamiarem bezpośrednim, zaznaczając przy tym absolutną zgodność dowodów medycznych ze zgromadzonymi zeznaniami. Mimo tego wymiar sprawiedliwości nie przychylił się ani do argumentacji prokuratury, ani do roszczeń obrońców oskarżonej. Uznano, że pierwotnie orzeczona kara jest optymalna i w pełni odpowiada randze przestępstwa, uwzględniając jednocześnie dotychczasową niekaralność Magdaleny W.
– Wyrok ma działać zapobiegawczo i stanowić nauczkę na przyszłość. Sąd rozważał karę 25 lat pozbawienia wolności, ale uznał, że taka kara byłaby zbyt surowa – podsumował sędzia Witold Mazur.
Odrzucenie apelacji obu stron jednoznacznie usankcjonowało wcześniejsze orzeczenie, posyłając Magdalenę W. za kratki na dokładnie 15 lat. Faktyczny okres izolacji kobiety potrwa jednak krócej, jako że do ogólnego czasu odbywania kary doliczono okres jej tymczasowego aresztowania, które trwało nieprzerwanie od maja 2022 roku. Uczestnikom procesu przysługuje jeszcze prawo wniesienia kasacji wyroku, jednak w momencie tworzenia tego materiału, żadna ze stron nie zadeklarowała jednoznacznie podjęcia takich działań. Oznacza to, że wobec matki obowiązuje obecnie prawomocny wyrok pozbawienia wolności.