Spis treści
Sąsiedzki koszmar w Jastrzębiu-Zdroju
Roman, mieszkaniec Jastrzębia-Zdroju, był sąsiedzkim koszmarem, a jego zachowanie budziło powszechny lęk, zwłaszcza o bezpieczeństwo dzieci. Ojcowie musieli pilnować powrotów swoich pociech ze szkoły, ponieważ mężczyzna zaczepiał najmłodszych, nazywając ich „młodymi bogami” lub „pięknościami”. Zdarzały się sytuacje, w których chwytał dzieci za ręce. Mieszkańcy byli świadkami jego nagich spacerów po klatce schodowej, a zimą rozbierał się do naga, by robić „orły” na śniegu. Pewnego razu osaczył kobietę, wyznając jej uczucie i uciekł dopiero, gdy jej krzyk zaalarmował sąsiadów. Choć z dystansu niektóre incydenty mogą wydawać się groteskowe, dla lokalnej społeczności stanowiły realne i przerażające zagrożenie, wobec którego służby pozostawały bezsilne.
Interwencje policji odbywały się według stałego scenariusza: przyjazd patrolu, zatrzymanie i transport do szpitala psychiatrycznego w Rybniku. Po powrocie Roman przez krótki czas zachowywał się spokojnie i przyjmował leki, jednak po kilku miesiącach odstawiał farmakoterapię, wyrzucając tabletki lub wrzucając je sąsiadom do skrzynek. Ponieważ rodzina nie zdecydowała się na jego ubezwłasnowolnienie, a sam mężczyzna odmawiał leczenia, błędne koło trwało w najlepsze. Dzielnicowy tłumaczył bezradnym mieszkańcom, że sąsiad jest osobą niepoczytalną i nie można go izolować, dopóki nie dojdzie do nieszczęścia. Ostatecznie sprawa zakończyła się śmiercią Romana, który zadławił się ciastem podczas kolejnego pobytu w placówce.
Tragiczne skutki luk w przepisach
Historia z Jastrzębia nie skończyła się morderstwem, ale inne przypadki pokazują dramatyczne konsekwencje dziurawego systemu. W Bielsku Podlaskim 9 stycznia 2026 roku doszło do tragedii, w której 31-latek zabił swoją matkę. Mężczyzna był wcześniej wielokrotnie notowany, między innymi za posiadanie narkotyków, co potwierdził prokurator Adam Naumczuk w wypowiedzi dla stacji TVN. Mimo zatrzymań, sprawca za każdym razem wracał na wolność dzięki opiniom biegłych o niepoczytalności. Specjaliści nie przewidzieli eskalacji agresji, która doprowadziła do zasztyletowania 67-letniej kobiety i opublikowania zdjęcia jej zwłok w internecie. Obecnie morderca przebywa w areszcie w warunkach szpitalnych.
Równie wstrząsający przebieg miały wydarzenia w miejscowości Rusiec pod Warszawą. 52-letni Robert K. od dawna nękał swoją byłą żonę, Katarzynę, mimo sądowego zakazu zbliżania się. 9 grudnia 2025 roku mężczyzna złamał sądowy nakaz, wtargnął do domu kobiety i zadał jej śmiertelne ciosy nożem w szyję. Ciało ofiary odnalazł syn. Zabójca, który dzień wcześniej zapowiedział swoje przybycie w wiadomości SMS, po ucieczce sam zgłosił się na policję. Obecnie Robertowi K. grozi dożywocie za zabójstwo z zamiarem bezpośrednim, jednak kluczowa dla wyroku będzie ponowna ocena jego poczytalności.
Masakra, której można było zapobiec
Kolejny przykład bezradności otoczenia pochodzi z Sanoka, gdzie 20 listopada 2025 roku 47-letni Wojciech M. zamordował matkę. Mężczyzna już wcześniej wzbudzał niepokój, chodząc po osiedlu z mieczem i łukiem, lecz te sygnały zostały zignorowane. Finał był krwawy: po zabiciu kobiety sprawca rzucił się z ostrzem na interweniujących policjantów. Funkcjonariusze zostali zmuszeni do użycia broni, w wyniku czego napastnik poniósł śmierć. Nieoficjalnie wiadomo, że agresor leczył się psychiatrycznie, co rodzi pytania o brak skutecznej reakcji służb na jego wcześniejsze zachowania. Trwające śledztwo ma wyjaśnić, czy użycie broni było zasadne, ale systemowe zaniedbania są widoczne gołym okiem.
W polskim prawie karnym niepoczytalność wyklucza odpowiedzialność za przestępstwo, jeśli sprawca w chwili czynu nie rozumiał jego znaczenia z powodu choroby psychicznej lub upośledzenia. Sąd zamiast więzienia może orzec umieszczenie w zakładzie psychiatrycznym. Choć najgroźniejsi przestępcy trafiają do zamkniętych ośrodków, osoby uznane za mniej niebezpieczne często wracają do społeczeństwa po krótkim leczeniu. Problem pojawia się, gdy taka osoba pozostaje na wolności aż do momentu popełnienia poważniejszej zbrodni. Jest to ryzyko, które system obecnie podejmuje kosztem bezpieczeństwa obywateli.
Należy podkreślić, że instytucja niepoczytalności jest potrzebna, choć zdarzają się próby manipulacji nią przez przestępców. Przykładem jest podpalacz Dariusz P., który symulował objawy, twierdząc, że do zbrodni zmuszał go wyimaginowany głos „Waldusia”. Biegli ustalili jednak, że mężczyzna uczył się symptomów choroby z podręcznika medycznego, chcąc uniknąć więzienia. Choć oburzenie społeczne po zwolnieniu niebezpiecznych osób jest zrozumiałe, statystyki pokazują, że sama choroba psychiczna nie jest równoznaczna z agresją. Wyzwaniem pozostaje jednak trafna ocena ryzyka recydywy.
Opinie ekspertów i możliwe zmiany
Eksperci wskazują na szereg zaniedbań: od niedoszacowania ryzyka i braku miejsc na oddziałach zamkniętych, po fatalny przepływ informacji między policją a służbą zdrowia. Brakuje również skutecznych narzędzi prawnych do przymusowego leczenia na wczesnym etapie oraz mechanizmów kontroli przyjmowania leków przez pacjentów przebywających na wolności.
Postulowane zmiany obejmują wprowadzenie dozoru elektronicznego dla osób z zaburzeniami, obowiązkową kontrolę farmakoterapii oraz częstszą weryfikację stanu zdrowia przez sądy. Kluczowa jest szybsza reakcja na groźby i epizody psychotyczne, zanim dojdzie do tragedii. Równocześnie pojawia się dylemat dotyczący praw człowieka i granic prewencyjnej izolacji. W obliczu pogarszającej się kondycji psychicznej społeczeństwa, stworzenie szczelnego systemu nadzoru staje się jednym z najważniejszych wyzwań dla ustawodawcy.