Mroczna tajemnica Gliwic. Zwyrodnialcy zamordowali dwa małżeństwa, po latach zgubił ich jeden szczegół

Dorota i Zbigniew Sobańscy zapadli się pod ziemię, a sprawa ich zniknięcia z Gliwic przez długi czas pozostawała nierozwiązana. Kiedy zaledwie trzy lata później brutalnie pozbawiono życia Małgorzatę i Pawła Siudzińskich – parę z tego samego miasta – organy ścigania nie widziały punktów styku między tymi tragediami. Wielowątkowe śledztwo udowodniło ostatecznie, że śmierć obu par była wynikiem działania tych samych oprawców, a makabryczne fakty ujrzały światło dzienne po kilkunastu latach.

Pierwszy dramat rozegrał się u progu jesieni 2001 roku, kiedy to całą Polskę obiegły doniesienia o tajemniczym zniknięciu pary z województwa śląskiego. Funkcjonariusze rozpatrywali wówczas szereg hipotez, wliczając w to potajemny wyjazd z kraju, co miało stanowić ucieczkę przed problemami finansowymi związanymi z nierentownym barem, który prowadzili Dorota i Zbigniew Sobańscy. Niedługo potem przypadkowi spacerowicze odnaleźli w ustronnym miejscu zaparkowany pojazd, a po przyjeździe mundurowych okazało się, że wóz figuruje jako własność poszukiwanych, jednak po nich samych nie było śladu. Zabezpieczono tam jedynie porzucone kominiarki oraz szpadle, których właścicieli nie dało się od razu namierzyć. Zmasowane poszukiwania nie przynosiły żadnych rezultatów aż do 2015 roku, gdy w zalesionym terenie w okolicach gliwickiego jeziora Dzierżno śledczy natrafili na zakopane szczątki. Badania profilu genetycznego zainicjowane przez prokuraturę dały stuprocentową pewność, że odnalezione kości to zaginieni przed czternastu laty małżonkowie. Choć identyfikacja zwłok stanowiła przełom, nadal brakowało pełnego obrazu sprawców, a ostateczne odpowiedzi miała przynieść dopiero wnikliwa analiza innego, popełnionego w 2004 roku przestępstwa na terenie tego samego miasta.

Zabójstwo Siudzińskich w Gliwicach

Zgodnie z relacjami przedstawionymi na łamach dziennika „Super Express” przez Przemysława Glumę, do kolejnej tragedii doszło w połowie lutego 2004 roku. Paweł i Małgorzata Siudzińscy, zamieszkujący dom w gliwickich Łabędach, byli postrzegani przez lokalną społeczność jako wyjątkowo zgrana i kochająca się para. Dobra sytuacja materialna, zadbana nieruchomość oraz dwa auta zaparkowane na podjeździe przyciągnęły wzrok Tobiasza W. i Romana C., którzy postanowili wziąć zamożnych sąsiadów na celownik i zaczęli bacznie śledzić ich każdy ruch.

Zgromadzone przez prokuraturę materiały dowodowe wskazywały, że przestępcy szukali szybkiego zarobku, a planowany atak na domostwo miał im to zagwarantować. Do realizacji bandyckiego scenariusza zwerbowali jeszcze młodszego brata Tobiasza, siedemnastoletniego Sergiusza, który dokładnie wiedział, co ma się wydarzyć. Tragicznego poranka mąż pokrzywdzonej wyjechał autem do pracy, zostawiając ją samą w budynku, co wydawało się absolutnie standardową sytuacją. Siudzińscy nie posiadali żadnych wrogów i nie odczuwali zagrożenia z niczyjej strony, dlatego atak był ogromnym zaskoczeniem. Sprawcy bez skrupułów wykorzystali moment, w którym kobieta była bezbronna, i wtargnęli do środka. Błyskawicznie obezwładnili zdezorientowaną Małgorzatę, powalając ją na podłogę, dotkliwie bijąc, a na koniec mocno krępując.

Agresorzy liczyli na błyskawiczne zrabowanie cennych przedmiotów i ucieczkę, jednak los spłatał im figla, gdy pan domu nagle pojawił się z powrotem, by zabrać zapomniany telefon komórkowy. Przekraczając próg, Paweł Siudziński natychmiast zorientował się, że doszło do włamania, widząc splądrowane wnętrze. Zanim zdążył podjąć jakąkolwiek reakcję, otrzymał potężny cios w głowę, po którym osunął się na ziemię, tracąc świadomość. Bezwzględni napastnicy momentalnie wykorzystali jego stan i dokładnie skrępowali mu kończyny.

Nieoczekiwany obrót spraw zmusił przestępców do natychmiastowej zmiany planów, a śledczym do dziś trudno jednoznacznie ocenić, czy od początku zamierzali zabić, czy jedynie pobić i okraść parę. Pewne jest natomiast, że związanych i bezradnych właścicieli domu wrzucili do bagażnika ich własnego wozu, kompletnie ignorując pojazd, którym sami przyjechali. Realizując pierwotny motyw finansowy, zabrali z posiadłości urządzenia mobilne oraz sprzęt komputerowy, a dla dodania sobie kurażu zgarnęli jeszcze butelkę mocnego alkoholu. Jak ustalił reporter „Super Expressu”, Przemysław Gluma, porywacze przez wiele godzin wozili swoje ofiary po drogach województwa śląskiego, małopolskiego i świętokrzyskiego, nie mając jasnego pomysłu na zakończenie akcji. Nadmiar adrenaliny, zmęczenie oraz rosnąca panika za kółkiem doprowadziły w końcu do utraty kontroli nad maszyną. W niewielkiej miejscowości Zbeltowice na terenie Kielecczyzny auto dachowało, ostatecznie lądując w przydrożnym rowie.

To, co wydarzyło się chwilę później, do dziś budzi kontrowersje, a w mediach krążą nieco rozbieżne wersje tego epizodu. Jedna z nich głosi, że lokalna społeczność pospieszyła z pomocą, aby wyciągnąć rozbity wóz, lecz w całym tym zamieszaniu nikt nie pofatygował się, aby wezwać patrol drogówki. Skoro samochód wciąż nadawał się do jazdy, porywaczom udało się nakłonić gapiów do rozejścia się. Z kolei z relacji dziennika „Fakt” wynika, że podczas rozpraw sądowych ujawniono istotny szczegół, z którego wynikało, że opaski zasłaniające oczy ofiar zsunęły się w trakcie koziołkowania, dlatego widok ludzi na tylnej kanapie nie wzbudził niczyich podejrzeń. Zagadką pozostaje, dlaczego więziona para nie krzyczała, czy ich głosy tłumiło zamknięte wnętrze, i dlaczego świadkowie wypadku nie poinformowali służb o zdarzeniu. Największym błędem oprawców okazało się jednak zdjęcie kominiarek do prowadzenia wozu, przez co Małgorzata dokładnie zapamiętała ich rysy twarzy. Ten fakt stał się dla pary wyrokiem śmierci, ponieważ po odjechaniu z miejsca kolizji, bandyci wywieźli ich do pobliskiego lasu i rozpoczęli makabryczną egzekucję. Kobieta rozpaczliwie walczyła o życie, wierzgając i uderzając napastników, przez co ci po nieudanej próbie uduszenia zadali jej śmiertelny cios nożem prosto w szyję. Paweł Siudziński został natomiast przytwierdzony do pnia, gdzie najpierw próbowano pozbawić go tchu, a ostatecznie zadano mu serię potężnych uderzeń ciężkim kluczem francuskim znalezionym w aucie. Kiedy zwyrodnialcy opuścili teren zbrodni w przekonaniu, że oboje nie żyją, skatowany mężczyzna odzyskał przytomność, oswobodził się i doczołgał kilkaset metrów dalej. Zabrakło mu jednak sił na znalezienie ratunku i wykrwawił się w leśnej gęstwinie.

– Te bestie nie zasługują na nic innego, tylko na śmierć – mówił podczas późniejszego procesu pan Włodzimierz, ojciec zamordowanej Małgorzaty i teść Pawła, który przyszedł do sądu, by spojrzeć w oczy morderców. – To potwory, za moje dzieci powinni dostać dożywocie – podkreślał.

Sonda
Czy w Polsce powinna obowiązywać KARA ŚMIERCI?

Kryminalni potrzebowali zaledwie 48 godzin, aby namierzyć i obezwładnić Tobiasza W. oraz Romana C. Wpadli oni w ręce organów ścigania, gdy doprowadzili do kolejnej kolizji drogowej, wciąż podróżując skradzionym wozem zamordowanych małżonków. Tym razem okoliczni mieszkańcy od razu powiadomili stróżów prawa, a kompletnie zaskoczeni mężczyźni nie potrafili sklecić logicznego wyjaśnienia, w jaki sposób weszli w posiadanie poszukiwanego pojazdu. Wnętrze auta, noszące wyraźne ślady biologiczne ofiar, stało się gwoździem do ich trumny. Jak informowały „Nowiny Gliwickie”, sprawcy byli doskonale znani w policyjnych rejestrach jako „Gruby” i „Bleki”. Obaj ostatecznie pękli podczas przesłuchań, szczegółowo opisując przebieg morderstwa i doprowadzając śledczych do miejsca ukrycia zwłok, przy czym na sali rozpraw nie wykazali cienia refleksji nad swoim okrucieństwem.

Tajemnica morderstwa Sobańskich i Siudzińskich rozwiązana

Współpraca dwójki przestępców na polu kryminalnym trwała od lat, a łączyło ich nie tylko miejsce zamieszkania, ale też wspólne libacje, kradzieże i zażywanie narkotyków. Choć na ławie oskarżonych w sprawie Siudzińskich zasiadły jeszcze cztery inne osoby pomagające w logistyce zbrodni, to właśnie Roman i Tobiasz zostali zidentyfikowani jako bezwzględni inicjatorzy, którzy wydali wyrok śmierci. Reportaże „Nowin Gliwickich” rzuciły światło na ich przeszłość, ujawniając, że Tobiasz W. już od wczesnej młodości nie stronił od alkoholu, nigdy nie zdobył wykształcenia i żył z przestępstw, a po narkotykach opowiadał, że unosi się w powietrzu, co zabawnie kontrastowało z jego pseudonimem. Z kolei „Bleki” wychowywał się pod kloszem dziadków, a hojne wsparcie finansowe babci zapewniało mu dostatnie życie bez konieczności pracy. Jego moralny upadek rozpoczął się pod koniec nauki w technikum, gdy wpadł w złe towarzystwo, zaczął wagarować i znikać z domu. Zrozpaczona matka bezskutecznie walczyła o umieszczenie go na odwyku, gdyż substancje odurzające wyzwalały w nim skrajną brutalność. Po osiągnięciu pełnoletności odrzucił jakąkolwiek pomoc i przeniósł się do taniego hostelu dla robotników w Łabędach, gdzie skrzyżowały się jego drogi z Tobiaszem.

Wymiar sprawiedliwości nie miał wątpliwości co do winy obu mężczyzn i w przypadku sprawy Siudzińskich orzekł najwyższy możliwy wymiar kary, czyli dożywotnią izolację. Prawdziwe trzęsienie ziemi nastąpiło jednak nieco później, gdy na jaw wyszło, że ci sami osobnicy maczali palce w tajemniczym zniknięciu wspomnianych wcześniej Doroty i Zbigniewa Sobańskich. Przełomem okazało się drobiazgowe zestawienie śladów zabezpieczonych w porzuconym aucie z 2001 roku z profilem DNA odnalezionym ponad dekadę później na wykopanych w lesie szczątkach. Ekspertyzy wyłoniły kod genetyczny recydywisty Bogdana G., znanego w półświatku jako „Bodzio”. Dalsze czynności operacyjne dowiodły, że to on ramię w ramię z Tobiaszem W. wywlekli Sobańskich z ich własnego mieszkania przy ulicy Okrzei. Związane ofiary przekazano następnie w ręce Romana C., który trzy lata później powtórzył ten makabryczny schemat. W tę zorganizowaną grupę zamieszani byli jeszcze Piotr S. oraz noszący pseudonim „Rusek” Vladimirs A.

Według ustaleń śledczych, całą intrygą z tylnego siedzenia sterował obcokrajowiec, który pożyczył Sobańskim gotówkę i brutalnie egzekwował jej zwrot. Prokuratura dowodziła, że „Rusek” zlecił uprowadzenie, lecz rzekomo nie chciał zabijać, a jedynie zamknąć dłużników na kilkanaście godzin w kanale, by uświadomić im powagę sytuacji. Szybko jednak okazało się, że porwani są kompletnie zrujnowani i nie zdołają zorganizować żadnych środków finansowych. Wtedy napastnicy stracili cierpliwość, brutalnie skatowali małżonków i zakopali ich w dole, a śledczy zakładali, że ofiary mogły jeszcze wtedy oddychać. Jednak jeden ze współoskarżonych, Piotr S., uparcie przekonywał sędziów, że zrzucone do piaskowni ciała były już całkowicie martwe. „Kiedy zasypywałem zwłoki dwukrotnie sprawdziłem na przegubie i tętnicy szyjnej, czy żyją. Nie było pulsu. Miałem stuprocentową pewność, bo jestem ratownikiem medycznym” – zeznawał podczas rozprawy oskarżony.

Obywatel obcego państwa, Vladimirs A., zamieszkał nad Wisłą na początku lat dwutysięcznych, a do przeprowadzki skłoniło go uczucie do Polki, z którą ostatecznie stanął na ślubnym kobiercu. Gnieździli się na osiedlu Waryńskiego, wiążąc koniec z końcem dzięki wsparciu finansowemu teścia i okazjonalnym pracom, gdyż mężczyzna stronił od legalnego zatrudnienia. Jak wynikało z zeznań Piotra S., to właśnie cudzoziemiec zwerbował ekipę do brudnej roboty. Czteroosobowe komando pojawiło się pod drzwiami Sobańskich trzynastego września. Aby uniemożliwić identyfikację, wyłączyli zasilanie na klatce schodowej i uzbrojeni w drewniane pałki cierpliwie czekali w mroku. Kiedy nieświadoma niczego kobieta uchyliła drzwi, natychmiast wtargnęli do przedpokoju, bijąc ją i jej męża. Agresorzy nie oszczędzili nawet broniącego właścicieli psa, któremu najpierw podsunięto toksyczne jedzenie, a w agonii skręcono kark. „Chcieliśmy ich tylko postraszyć, bo podobno byli winni pieniądze. To miał być napad” – zapewniał przed trybunałem Piotr S. o pseudonimie „Pyjo”. Mężczyzna ten wpadł w sidła śledczych dopiero osiem lat po zbrodni, odsiadując karę za pospolite kradzieże. Początkowo zarzekał się, że jest jedynie drobnym złodziejaszkiem, jednak brutalna prawda obnażyła bezlitosną grabież i mord z zimną krwią.

Kluczowe dla zamknięcia akt sprawy okazały się rewelacje ujawnione przez Tobiasza W. Mężczyzna, przebywając w zakładzie karnym w 2008 roku, oglądał kultowy format telewizyjny prowadzony przez Michała Fajbusiewicza, gdzie akurat omawiano zagadkę zniknięcia pary z Gliwic. Choć w tamtym czasie nikt nie wiedział, gdzie są ciała, przestępca natychmiast przypomniał sobie zlecenie, które wykonywał przed laty. Przed organami ścigania zarzekał się, że jego rola kończyła się na transporcie ofiar i rzekomo nie miał bladego pojęcia o egzekucji. Aby zabezpieczyć się na przyszłość, więzień polecił wytatuować sobie datę emisji programu na nadgarstku, co ułatwiło mu późniejsze negocjacje z prokuratorem. Ten nietypowy notes na skórze okazał się nieoceniony, gdy po wielu latach ekipy dochodzeniowe w końcu odnalazły szczątki pokrzywdzonych.

Surowe wyroki dla oprawców z Gliwic

Niewykluczone, że Tobiasz W. kalkulował, iż swoimi zeznaniami ugra złagodzenie kary, zwłaszcza że o tragicznych losach Sobańskich usłyszał bezpośrednio od Romana C., kiedy obaj czekali na wyrok w sprawie drugiego małżeństwa. Mężczyzna zdecydował się przerwać milczenie dopiero wiosną 2015 roku, gdy prokuratura wznowiła dochodzenie. „Gdy mieliśmy przerwę w sieczkarni, czyli w takim pokoju niedaleko sali rozpraw, Romek przechwalał się, że tamtych też zabił. Dokładnie to powiedział, że tamci też nie żyją” – relacjonował szczegóły w sali sądowej. Kalkulacje „Grubego” przyniosły mizerny efekt, ponieważ za porwanie połączone z udręczeniem dostał dodatkowe trzy i pół roku za kratami, co przy ciążącym na nim dożywociu nie miało praktycznego znaczenia. Obserwatorzy sprawy zastanawiali się, czy po latach obudziło się w nim poczucie winy, czy też była to zimna gra o przetrwanie. Roman C. nie miał tyle szczęścia i za likwidację Sobańskich usłyszał kolejny, dożywotni wyrok, który podzielił również główny zleceniodawca, Vladimirs A.. Otwartość na współpracę opłaciła się natomiast Piotrowi S., który spędzi w celi 12 lat, a Bogdanowi G. wymierzono karę 42 miesięcy pozbawienia wolności.

Skład orzekający uznał, że egzekucja Sobańskich była dziełem dokładnie przemyślanym, charakteryzującym się rzadko spotykanym sadyzmem i napędzanym żądzą zysku. Biegli bez cienia wątpliwości udowodnili, że skatowaną parę pogrzebano na terenach leśnych, a całe dochodzenie przeszło do historii śląskiej policji jako jedno z najbardziej zagmatwanych i długotrwałych przedsięwzięć kryminalnych. Wynikało to w dużej mierze z chronologicznego chaosu, w którym późniejsze morderstwo zostało rozwikłane znacznie szybciej niż zbrodnia z 2001 roku. Finalnie okazało się, że dramaty dwóch gliwickich małżeństw, mimo zupełnie różnych motywów początkowych, spajały twarze tych samych, bezwzględnych bandytów. Zgodnie z surowymi wyrokami, główni pomysłodawcy tej rzezi do końca swoich dni nie opuszczą już murów więzienia.

Pokój Zbrodni - mordowali małżenstwa