Mateusz M. poćwiartował i spalił Małgorzatę, a potem spokojnie obrał ziemniaki dla syna. "Jestem zwyrolem"

Śledczy zarzucają Mateuszowi M. brutalne zamordowanie swojej partnerki. Mężczyzna miał udusić Małgorzatę W., odciąć jej kończyny, a następnie spalić zwłoki. Początkowo sam zgłosił zaginięcie ukochanej na policję i udawał zaangażowanego w poszukiwania. Podczas pierwszych przesłuchań przyznał się do winy, nazywając siebie „zwyrolem”. Przed sądem diametralnie zmienił jednak wersję wydarzeń i odwołał wcześniejsze zeznania. Kulisy tej makabrycznej zbrodni są niezwykle przerażające.

Dramat rozpoczął się 21 kwietnia 2024 roku na terenie Chełma Śląskiego niedaleko Mysłowic. Zniknięcie 32-letniej Małgorzaty W. zgłosił tamtejszym funkcjonariuszom osobiście jej partner, Mateusz M. Z zawodu inżynier fizyki sugerował mundurowym, że kobieta mogła skutecznie targnąć się na własne życie po ich niedawnej kłótni. W rodzinnym domu przebywała dwójka ich małych, wspólnych dzieci, która nieświadomie czekała na powrót matki. Policyjni detektywi szybko ustalili, że zaginiona po raz ostatni kontaktowała się ze swoją rodziną podczas niedzielnej rozmowy telefonicznej, około godziny 15:00. Po zakończeniu tego połączenia przestała się odzywać, a jej komórka zamilkła na zawsze. Kobieta nie wracała do miejsca zamieszkania, a samochód używany przez 32-latkę odnaleziono porzucony przy zbiorniku wodnym Dziećkowice, co z pozoru pasowało do teorii o próbie samobójczej.

Sonda
Czy jesteś za karą śmierci?

Zabójstwo Małgorzaty z Chełma Śląskiego. Mateusz M. zdradził się jednym słowem przed policją

Mundurowi poprosili lokalną społeczność o wsparcie w akcji poszukiwawczej, publikując fotografię Małgorzaty oraz jej rysopis. Komunikaty informowały, że zaginiona ma około 165 centymetrów wzrostu, szczupłą sylwetkę i blond włosy do ramion. W dniu zniknięcia założyła sportowy sweter z kapturem, szare spodnie dresowe i buty sportowe. Takiej kobiety wypatrywali okoliczni mieszkańcy.

„Policja apeluje do wszystkich osób, które mogłyby posiadać jakiekolwiek informacje na temat miejsca pobytu zaginionej. Wszystkie takie wskazówki są niezmiernie cenne i mogą okazać się kluczowe w dalszych poszukiwaniach” – przekazywały służby w oficjalnym apelu. Prawda okazała się jednak zupełnie inna, ponieważ 32-latka padła ofiarą brutalnego morderstwa. Zagadkę zniknięcia kobiety wyjaśnił przed sądem w lipcu 2025 roku oficer śledczy. Funkcjonariusz szczegółowo zrelacjonował kluczowe przesłuchanie życiowego partnera ofiary, Mateusza M. To właśnie ten mężczyzna usłyszał ostatecznie zarzut zabójstwa i po dwunastu miesiącach od tragedii zasiadł na ławie oskarżonych.

Kamery uchwyciły podejrzanego porzucającego auto ofiary w rejonie Dziećkowic. Mężczyzna blokował mundurowym dostęp do komputerów, lekceważył poszukiwania i nagminnie znikał bez kontaktu. Taka postawa nie pasowała do wizerunku partnera szukającego ukochanej, co zaniepokoiło śledczych. Inżynier dodatkowo plątał się w relacjach, twierdził, że z powodu kryzysu proponował rozstanie, by chwilę później oskarżać Małgorzatę o groźby odejścia i zabrania dzieci. Przyznawał też, że ich domowe kłótnie systematycznie przybierały na sile.

Aspirant katowickiej Komendy Wojewódzkiej Policji opisał przed sądem moment przyznania się Mateusza M. do zbrodni. Funkcjonariusz zadzwonił do niego, zapowiadając wizytę. Oskarżony nie wykazał zdziwienia, gdyż wcześniej osobiście zgłosił zaginięcie partnerki. W tamtej chwili przebywał w swoim mieszkaniu, zajmując się przygotowywaniem obiadu dla dwuletniego synka.

„Pojechaliśmy tam. Otworzył drzwi, a ja celowo od razu powiedziałem mu, że jesteśmy od zabójstw, żeby obserwować reakcję. Tej jednak nie było, zupełnie. Weszliśmy do środka. Rozmawiał z nami odwrócony tyłem, skrobał ziemniaki, mówił, że musi zrobić obiad synkowi” – zeznał w sądzie zdumiony śledczy.

Momentem przełomowym okazało się pytanie kryminalnych o działania podejrzanego na rzecz poszukiwań zaginionej. Śledczy nabrali absolutnej pewności po specyficznej odpowiedzi inżyniera. „Usłyszałem, że się »przeszedł« nad pobliski zbiornik wodny. To »przeszedłem się« sprawiło, że byłem przekonany, że to on jest zabójcą. Wtedy powiedziałem do niego, gdyby pan był mną, a ja panem, czy uwierzyłby mi pan w wypowiedziane właśnie słowa? Odpowiedział, że nie” – relacjonował funkcjonariusz. Właśnie wtedy morderca ostatecznie zrzucił maskę, stanął na baczność i wyjawił makabryczną prawdę. „Stwierdził, udusiłem ją. Spytałem, gdzie ciało? Odpowiedział, że nie ma ciała” – kontynuował świadek.

Według zeznań policjantów inżynier dokładnie odtworzył przebieg morderstwa. Twierdził, że zbrodni dokonał w przypływie ogromnych emocji, kiedy podczas kłótni zepchnął 32-latkę ze schodów. Następnie zszedł do kontuzjowanej ofiary i dusił ją gołymi rękami aż do momentu ustania czynności życiowych. Mężczyzna wyczyścił potem stopnie z krwi, próbując pozbyć się obciążających dowodów zbrodni. Mateusz M. wyznał służbom z pełnym przekonaniem, że wprawny technik kryminalistyki i tak znalazłby tam biologiczne ślady, co początkowo jednak zupełnie nie miało miejsca.

„Nie chciałem go »kajdankować« przy małym dziecku, żeby nie zrobić z niego »zwyrola«. Dałem mu czas na pożegnanie się z synem. Później on do mnie powiedział, pan mówił, że nie chce zrobić ze mnie »zwyrola«, ale ja jestem »zwyrolem«. Jeszcze nie powiedziałem wszystkiego” – przypomniał szokujące słowa oskarżonego oficer policji.

Oskarżony wskazał wtedy kominek, przyznając, że odciął ofierze nogi i próbował w nim spalić ciało. Zadeklarował funkcjonariuszom, że z 32-latki ocalał wyłącznie fragment kości i komórka, której nie zdołał zniszczyć ogniem. Według ówczesnych słów mężczyzny pozbył się tych resztek, wyrzucając je w zarośla w pobliżu lokalnych hałd.

Mateusz M. próbował rozczłonkować ciało Małgorzaty. Odciął nogi i palił zwłoki w beczce

Detektywi wydobyli od mordercy jeszcze mroczniejsze fakty. Przyznał, że zniósł zwłoki Małgorzaty do piwnicy, by je poćwiartować. Najpierw odciął kończyny dolne, chcąc upchnąć trupa w kominku. Zbyt niska temperatura domowego paleniska nie zdołała jednak całkowicie spopielić ludzkiego mięsa. Zdesperowany zbrodniarz zafoliował resztki i wywiózł do pobliskiego lasu, by ukryć korpus i nadpalone nogi. Przeczytał jednak, że dębina gwarantuje najwyższą temperaturę ognia. Kupił więc metalową beczkę olejową, nawiercił w niej otwory wentylacyjne i wrócił w miejsce porzucenia ciała.

„Zabrał je z powrotem do domu, a następnie przez całą noc spalał szczątki w beczce. Spopielił je. Ostatnim akordem było wysypanie prochów i zmieszanie ich z cementem i wodą. Tę »zaprawę« wylał pod płotem posesji” – relacjonował śledzący proces Przemysław Gluma, dziennikarz „Super Expressu”.

Na sali rozpraw oprócz oficera policji przesłuchano również byłą małżonkę oskarżonego, Magdalenę S. Pracująca na co dzień jako ekspertka od chemii kobieta głośno mówiła o panicznym lęku przed dawnym mężem. Sąd przychylił się do jej wniosku o izolację i pozwolił na składanie wyjaśnień w formie wideokonferencji z innego pomieszczenia. Naukowiec nie była w stanie przebywać w jednym pokoju z oskarżonym o morderstwo inżynierem. Obserwatorzy zauważyli, że łączenie internetowe bardzo ją stresowało.

„Rozwiedliśmy się z powodu niezgodności charakterów. Używam bardzo dyplomatycznej formuły. Powodem był trudny charakter mojego byłego męża. Mieszkaliśmy wtedy w małym mieszkanku w domu asystenta, ponieważ robiłam doktorat. Mateusz musiał opuścić mieszkanie, bo ja miałam do niego prawo” – tłumaczyła przed sądem ekspertka. „Mąż był dominujący, nawet apodyktyczny. Wszystko musiało być wedle jego woli. Był nieustępliwy w kłótniach. Jest bardzo inteligentny i traktował innych jako głupszych, krytykował i nie poważał ich, nie tolerował innego zdania. Z perspektywy czasu uważam, że to osoba toksyczna” – zeznawała z powagą.

Życie z inżynierem zamieniło się dla kobiety w istny koszmar. Magdalena S. przyznała, że wpadła w pułapkę. Z biegiem czasu stała się uległa i zastraszona, rezygnując z walki z powodu ogromnej bezradności. Ostatecznie kryzys zmusił ją do wizyt u psychologa, na co według ustaleń detektywów zdecydowała się w późniejszym czasie również zamordowana Małgorzata.

„Mąż nie stosował jednak fizycznej przemocy. Raz chyba tylko mocniej pociągnął mnie za rękę. Raz też, gdy się z nim nie zgodziłam, powiedział w żartach, że jak jeszcze raz coś takiego powiem, to rozbije mi butelkę po piwie na głowie. To była taka wysublimowana przemoc w białych rękawiczkach, która miała mnie ustawić do pionu. Krytykował mnie publicznie. Zawsze wyglądało to na żarty, strofował jak dziecko za byle pierdoły. Czułam się napominana. To wszystko sprawiło, że się bardzo zmieniłam. Z otwartej osoby zrobiłam się smutna i wycofana. Bez poczucia wartości w roli małżonki. Wtedy w tajemnicy przed mężem zaczęłam spotykać się z psychologiem” – skrupulatnie wyliczała Magdalena S. podczas swojego przesłuchania.

Decyzję o rozwodzie przekazała Mateuszowi wyłącznie za pomocą listu, ponieważ panicznie bała się bezpośredniej konfrontacji z mężem. W dokumencie wskazała m.in. na brak chęci posiadania potomstwa, mając pełną świadomość, że jej partner bardzo chciał zostać ojcem. Po zakończeniu procedury rozwodowej ich ścieżki całkowicie się rozeszły. Magdalena S. przypomniała sobie jednak moment, gdy inżynier osobiście przedstawił jej nową wybrankę, Małgorzatę. Krótko przed brutalnym morderstwem nowa ukochana oskarżonego niespodziewanie nawiązała z nią kontakt za pośrednictwem wiadomości.

„Pytała o powód naszego rozstania, mówiła o problemach w związku. Zastanawiała się, czy to nie ona przypadkiem jest temu winna. Poza tym napisała, że gdyby nie dwoje ich dzieci, to ona sama już dawno by go opuściła” – zeznawała Magdalena S., wyznając współczucie dla ofiary. „Przypomniało mi się wtedy, jak bardzo mój były mąż potrafił być mściwy i bałam się, że dowie się o korespondencji. Odpisałam bardzo ogólnie. Zdradziłam jej, że chodziłam do psychologa. Podziękowała mi za odpowiedź, później już nie odpisywałam z obawy przed zemstą byłego męża” – zeznała z przejęciem świadek oskarżenia. Kiedy w kwietniu 2024 roku ogłoszono zaginięcie 32-latki, Magdalena od razu założyła najgorsze, podejrzewając Mateusza o morderstwo.

Głębokim niepokojem sprawę zaginięcia przyjęli współpracownicy zamordowanej księgowej. „W ostatnim czasie bardzo zamknęła się w sobie. Była księgową. Ostatni miesiąc przez tydzień przed śmiercią już się nie odzywała” – zeznawała koleżanka z jej biura. „Jedno zajście z dziećmi uderzyło mnie. Pokazała mi zdjęcia obrażeń córeczki i mówiła, że to Mateusz ją szarpał. Zgłosiła sprawę na policję i w przedszkolu. Tak bardzo zależało jej na rodzinie, chodziła do psychologa, byli razem na terapii. Mateusz miał jej powiedzieć, że zniszczyła mu życie, że ma dosyć jej i dzieci, i że niepotrzebnie kupili dom. Ona przy nim czuła się nikim” – wyliczała przerażona pracownica. Według jej słów ofiara żyła na finansowym utrzymaniu inżyniera, odmawiając sobie jedzenia w pracy z braku własnej gotówki. „Według mojej oceny on zawsze był socjopatą” – zakończyła znajoma zmarłej.

Mateusz M. nagle zmienia wersję wydarzeń przed sądem. Morderca Małgorzaty rezygnuje z przyznania się do winy

Na etapie sądowym inżynier całkowicie wycofał się z początkowego przyznania się do winy. Obecnie forsuje teorię o nieszczęśliwym upadku Małgorzaty ze schodów i śmiertelnym urazie głowy. Twierdzi, że zataił sprawę i pozbył się zwłok pod wpływem gigantycznej paniki po stwierdzeniu zgonu. Obserwatorzy zauważają, że oskarżony jest na sali rozpraw wyjątkowo opanowany i chłodny w swoich osądach. Zamiast rozpaczać po zmarłej matce swoich dzieci, mężczyzna wnikliwie przepytuje kolejnych świadków, nie roniąc przy tym ani jednej łzy nad tragicznym losem ofiary.

„Małgosia negatywnie nastawiała otoczenie do mojej osoby, przedstawiała mnie w złym świetle. Nieprawdą jest, że pozbawiłem ją środków do życia. Od 2020 roku prowadziłem nasze finanse, ona miała do nich dostęp. W 2022 roku podjąłem decyzję o powrocie do korepetycji, które prowadziłem w naszym domu, by spłacić nasze zobowiązania. Trzy razy się oświadczałem i trzykrotnie zostałem odrzucony. Nie zawarliśmy małżeństwa ze względu na jej wybuchowy charakter. Nasza relacja przypominała huśtawkę. Nigdy jej nie groziłem śmiercią i zakopaniem” — zarzekał się w sądzie, oskarżając zmarłą o grożenie mu zabraniem dzieci.

Cała ta niewyobrażalna tragedia najmocniej uderzyła w bliskich zamordowanej kobiety, zwłaszcza dwójkę osieroconych maluchów oraz jej pogrążonych w żałobie rodziców. Ojciec 32-latki pełni w toczącym się procesie funkcję oskarżyciela posiłkowego i to on z żoną wychowuje teraz wnuki. „Dzieci straciły matkę i szansę na normalne wychowanie. W rolę ojca i matki muszą się wcielić dziadkowie. Nie powinno tak być” — przekonywał przed sądem adwokat Dariusz Kawalec. Pełnomocnik zażądał olbrzymiego zadośćuczynienia, domagając się 300 tysięcy złotych dla obojga nieletnich oraz po 100 tysięcy dla seniorów. „To, co się stało ze zwłokami Małgorzaty, i okoliczność pochówku, który raczej był symboliczny niż rzeczywisty, to powoduje olbrzymie cierpienie. Dziś dziewczynka już rozumie, że nie ma mamy, chłopiec jeszcze nie. Przyjdzie im całe życie wychowywać się bez matki” – podsumował ze smutkiem prawnik.

Sądowe postępowanie przeciwko oprawcy 32-latki z Chełma Śląskiego wciąż nie dobiegło końca. Za zamordowanie ukochanej oraz drastyczne zbezczeszczenie jej ciała Mateuszowi M. grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Pokój Zbrodni - 30 Płodów na posesji