Spis treści
Sprawa Łukasza Żaka i wypadek na Trasie Łazienkowskiej
Wymiar sprawiedliwości wydał orzeczenie dotyczące tragicznego zdarzenia z 15 września 2024 roku, mającego miejsce w stolicy na Trasie Łazienkowskiej. Jak ustalili zajmujący się tą sprawą śledczy, rozpędzony biały volkswagen uderzył w tył forda, którym jechała czteroosobowa rodzina. W wyniku zderzenia 37-letni pan Rafał zginął na miejscu siedząc na fotelu pasażera. Jego małżonka Ewelina, prowadząca auto, a także dwoje dzieci w wieku 4 i 8 lat w ciężkim stanie zostali przetransportowani do placówki medycznej. Z pierwszych doniesień służb wynikało, że pojazdem sprawców jechała jedna poszkodowana kobieta oraz trzech pijanych mężczyzn. Nikt z zatrzymanych nie przyznał się do kierowania, a śledztwo szybko wykazało, że właściwy sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Zatrzymani kompani próbowali zrzucić odpowiedzialność na 20-letnią Paulinę, która odniosła najbardziej dotkliwe obrażenia głowy i twarzy, tracąc przytomność. Nieoficjalne informacje wskazywały, że mężczyźni starali się nawet zablokować świadkom możliwość udzielenia jej pomocy, jednak ci nie ustąpili i uratowali ranną. Jej śmierć ułatwiłaby obarczenie jej winą. Zebrany materiał dowodowy natychmiast wykluczył, aby to ona siedziała za kierownicą. Funkcjonariusze podkreślali, że dawno nie widzieli tak ogromnego zjawiska mataczenia i poplecznictwa. Świadkowie obecni w pojeździe wprost namawiali kierującego do ucieczki, a następnie pomagali mu zniknąć. Głównym podejrzanym okazał się wielokrotnie notowany za jazdę po pijanemu i posiadanie narkotyków Łukasz Żak.
Media ustaliły, że sprawca był życiowym partnerem 20-letniej Pauliny, na którą usiłowano zrzucić odpowiedzialność za tragedię. W sieci regularnie chwalił się niebezpiecznymi manewrami, demonstrując kompletny brak rozsądku i brawurę. Wystawiono za nim list gończy oraz Europejski Nakaz Aresztowania. Zaraz po zderzeniu 26-latek zadzwonił do matki poszkodowanej dziewczyny, informując ją o planach ucieczki do Hiszpanii. Okłamał kobietę przekazując fałszywą informację, że jej córka rzekomo zginęła w wypadku.
Ucieczka sprawcy nie potrwała zbyt długo, ponieważ dzięki połączonym siłom polskiej i niemieckiej policji ostatecznie zatrzymano go za zachodnią granicą. Kolejne etapy sądowego procesu obserwowała z uwagą cała opinia publiczna. Mężczyzna zachowywał się na sali nadzwyczaj arogancko, absolutnie nie wykazując poczucia winy, atakując sędziów i bagatelizując swoje czyny. Sędzia Maciej Mitera, który przewodniczył składowi, ignorował zaczepki w trakcie rozpraw, odnosząc się do nich dopiero na etapie uzasadniania orzeczenia.
„- Nagrywaniem tego wszystkiego, tych wybryków, chciał pan komuś zaimponować? To przecież groziło katastrofą. Kara to jest wypadkowa pana zachowań. Wszystko pana interesowało, koszulki louis vitton, balenciagi, ale nie to. Zero refleksji. Przez proces testował pan moją cierpliwość wiele razy. Uważam, że to orzeczenie jest sprawiedliwe. Ta kara zabezpieczy drogi przed takimi ludźmi jak pan –” mówił sędzia Mitera. „– Oczywiście do tego, co było w pana głowie, nikt nie dojdzie. Nikt nie dojdzie do pana umysłu. Ja opierałem się wyłącznie na faktach. Kara uwzględniła motywację, pobudki i społeczną szkodliwość. To jest wypadkowa. Muszę chronić pojedyncze jednostki i tym wyrokiem chronię mieszkańców Warszawy przed takimi osobami jak pan −” dodawał.
Sąd wymierzył Łukaszowi Żakowi karę 20 lat pozbawienia wolności, orzekając jednocześnie dożywotni zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów. Nakazano mu także wypłacenie 900 tys. zł zadośćuczynienia dla żony i dzieci zmarłego pasażera oraz 150 tys. zł dla ciężko rannej byłej dziewczyny. Ponieważ tak wysokie sankcje w sprawach komunikacyjnych zapadają stosunkowo rzadko, wyrok spotkał się z dużym i emocjonalnym oddźwiękiem społecznym. Komentatorzy oceniają, że taka decyzja wymiaru sprawiedliwości może stanowić ostry sygnał dla innych piratów drogowych.
Sprawa wciąż czeka na prawomocne zakończenie. Orzeczenie wydane 16 lipca 2026 roku jest decyzją nieprawomocną, od której obrońcy oskarżonego zapowiedzieli już apelację. Reprezentująca skazanego mecenas Izabela Ławińska argumentuje, że dwadzieścia lat więzienia to zdecydowanie zbyt surowa sankcja. „– Mój klient sam zgłosił się na policję –” argumentowała obrończyni. „- Ten człowiek został wybitnie postawiony na świeczniku. Zapewne znacie państwo przypadki innych przestępstw, gdzie znacznie gorsze czyny zostały popełnione i nie widziałam wtedy, żeby pojawiały się komentarze czy sugestie co do wyroku. Uważam, że mój klient został tutaj wytypowany, nie wiem z jakich względów −” zaznaczała.
Oprócz batalii sądowej wciąż trwają działania mające na celu pociągnięcie do odpowiedzialności wszystkich osób pomagających sprawcy w ukrywaniu się. W czasie powstawania tego tekstu udało się schwytać kolejnego ze znajomych głównego oskarżonego i osadzić go w areszcie, lecz jeden ze sprawców poplecznictwa wciąż skutecznie unika organów ścigania.
Obserwatorzy tej głośnej sprawy przewidują, że mimo zapowiadanego postępowania odwoławczego, perspektywy na drastyczne obniżenie kary są znikome. Droga do prawomocnego wyroku wymaga jednak czasu, co oznacza, że apelacja potrwa zapewne kolejne długie miesiące.
Zabójstwo Iwony Cygan ze Szczucina
Spore zaskoczenie wywołała najnowsza decyzja sądu i przełom w śledztwie dotyczącym śmierci Iwony Cygan. Dramat rozpoczął się w nocy z 13 na 14 sierpnia 1998 roku, gdy Renata G. wyciągnęła koleżankę do lokalu w Zajeździe Leśnym. Jak zeznawała później dziewczyna, rozstały się około godziny 21:30 na lokalnym rynku i każda poszła w swoją stronę. Iwona, której droga do domu zajmowała zaledwie kwadrans, nigdy tam nie dotarła. Przez lata wielokrotnie przesłuchiwano Renatę G. w różnych okolicznościach, lecz ta, mimo zdenerwowania i płaczu, sztywno trzymała się swojej wersji o niewiedzy. Wkrótce potem przypadkowy przechodzień odnalazł w pobliżu wałów wiślanych w Szczucinie brutalnie skatowane zwłoki 17-latki. Dziewczyna miała rozległe obrażenia na całym ciele, w tym zadrapania i zasinienia, oprawca wyrwał jej kolczyki oraz odciął włosy. Morderca zadawał potężne uderzenia twardym przedmiotem, powodując m.in. rozległą pięciocentymetrową ranę głowy oraz podwójne złamanie żuchwy. Ostatecznie sprawca udusił ofiarę przy pomocy zaciśniętego na szyi drutu kolczastego. Eksperci nie określili dokładnej godziny zgonu, ale wskazali gwałtowne uduszenie pętlą z drutu oraz zablokowanie dróg oddechowych krwią cieknącą z ran twarzy. Przed śmiercią ofiara długo była nieprzytomna, a do zgonu przyczyniło się także wyziębienie organizmu i szok. Badania toksykologiczne wykluczyły obecność alkoholu i narkotyków. Znaleziono obce ślady DNA i odciski palców, lecz okazały się one bezużyteczne przy identyfikacji kogokolwiek poza samą zamordowaną. Początkowo zakładano tło seksualne, gdyż 17-latka miała opuszczoną bieliznę, a zabrane włosy przypominały makabryczne trofeum. Autopsja ostatecznie wykluczyła akt seksualny, co sugerowało, że sprawca zainscenizował miejsce zbrodni, by zmylić funkcjonariuszy.
Lokalna społeczność i bliscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, kto może być odpowiedzialny za zbrodnię, lecz w miasteczku zapanowała absolutna zmowa milczenia. Ludzie rzekomo bali się "klanu" Pawła K., głównego podejrzanego o mord ze szczególnym okrucieństwem. Z czasem oskarżono też jego ojca Józefa K. o pomocnictwo oraz szereg innych osób, lecz przez dekady brakowało przełomu. Sprawy nabrały tempa dopiero po interwencji krakowskiego Archiwum „X”, które udowodniło, że lokalna policja celowo tuszowała dowody. Szybko wyjaśniło się, dlaczego śledztwo tkwiło w martwym punkcie. Z czasem zarzuty usłyszało łącznie 17 osób, w tym koleżanka Iwony, Renata G., podejrzana o mataczenie i składanie fałszywych zeznań.
Oprócz głównego podejrzanego na ławie oskarżonych zasiedli także funkcjonariusze lokalnej policji, w liczbie czternastu, biorący udział w początkowych działaniach śledczych. Zarzucano im tuszowanie faktów, niedopełnienie obowiązków w celu osiągnięcia zysku majątkowego oraz chronienie przestępców. Choć rodzina zamordowanej liczyła, że winni wreszcie zapłacą za swoje czyny, sądowa batalia przerodziła się w przeciągający się w nieskończoność koszmar. Długo oczekiwana decyzja w tej sprawie zapadła 31 lipca 2026 roku.
Sąd Okręgowy w Rzeszowie zrzucił prawdziwą bombę, uniewinniając wszystkie osoby oskarżone o śmierć Iwony Cygan. Ten bezprecedensowy finał nastąpił po 8 latach procesu i niemal trzech dekadach od tragicznej nocy. Skład orzekający stwierdził brak żelaznych dowodów potwierdzających winę, co skutkowało uniewinnieniem wszystkich zatrzymanych. Reakcje na sali były drastyczne; ojciec ofiary, pan Mieczysław, słuchając sentencji orzeczenia zasłabł i musiał zostać ocucony przy pomocy interweniujących policjantów. Najbliżsi wciąż walczą o elementarną sprawiedliwość, lecz nadzieje na skazanie winnych maleją z każdym miesiącem.
„- Jako siostra Iwony czuję, jakby ten wyrok mówił, że moja siostra nie istniała. Jakby jej życie, jej śmierć i jej cierpienie nie miały znaczenia –” napisała później w mediach społecznościowych siostra ofiary. „- Zmowa milczenia nadal trwa. Ludzie, którzy wiedzą, co wydarzyło się tamtej nocy, nadal żyją. Żyją, mają swoje rodziny, swoje życie. A Iwona nie żyje. Nasza mama również odeszła, nie doczekawszy sprawiedliwości dla swojej córki. Prawdę znamy. Ale dziś czujemy, że istnieje siła większa od prawdy. Przynajmniej na razie –” dodała, dziękując wszystkim, którzy przez lata wspierali rodzinę.
Wydane orzeczenie rzeszowskiego sądu wciąż nie uzyskało przymiotu prawomocności, a organa ścigania złożyły w tej sprawie odwołanie. Sprawa najprawdopodobniej doczeka się jeszcze postępowania w drugiej instancji.
Oczekujemy na termin rozpoczęcia rozpatrywania wniesionej apelacji, co być może rzuci nowe światło na tę zbrodnię po dekadach impasu.
Morderstwo 13-letniej Izabeli Strzałkowskiej w Gdyni
Choć sprawa nie zakończyła się jeszcze wyrokiem sądu, potężny przełom wymusza przypomnienie historii 13-letniej Izabeli Strzałkowskiej, zamordowanej 23 sierpnia 2011 roku. Tego popołudnia, na tydzień przed startem roku szkolnego, 13-latka spotkała się ze znajomą. Dziewczyny spacerowały po gdyńskiej Dąbrowie, odwiedziły boisko szkolne i porozmawiały ze wspólnymi znajomymi. Przed odjazdem autobusu o 20:22, Iza postanowiła odprowadzić Olę, która na stałe mieszkała w Gdańsku. Uspokoiła matkę, że będzie w domu przed wpół do dziewiątej. Wstąpiły jeszcze do pobliskiego sklepu, a po pożegnaniu na przystanku Ola odjechała, natomiast Iza ruszyła pieszo do domu. Niestety, nigdy nie dotarła do swojego pokoju. Po godzinie 20:30 zaniepokojeni rodzice próbowali dzwonić, lecz 13-latka nie odpisywała, aż ostatecznie telefon przestał odpowiadać. Matka, pani Małgorzata, prowadzona złymi przeczuciami wyszła naprzeciw córce, podczas gdy ojciec czekał w mieszkaniu. Szukając Izy wzdłuż ścieżki obok giełdy towarowej, kobieta najpierw zauważyła skotłowaną ziemię, którą przypisała dzikiej zwierzynie. Intuicja kazała jej jednak zawrócić. Tuż przed 22:00, z bijącym sercem odnalazła but dziecka, a sekundę później zauważyła ciało swojej córki rzucone niedbale w przydrożnych zaroślach.
Pani Małgorzata instynktownie rzuciła się do prowadzenia reanimacji krążeniowo-oddechowej swojej córki, ale wysiłki te nie dawały efektu. Wezwane na miejsce służby medyczne przejęły działania, jednak zmuszone były oficjalnie stwierdzić śmierć 13-letniej dziewczynki, której ciało porzucono zaledwie 300 metrów od rodzinnego bloku. Do pokonania miała niespełna 800 metrów, z czego przeszła ponad pół kilometra, zanim zbrodniarz przeciął jej drogę. Biegli oszacowali czas zgonu na około 20:40. Oprawca działał wyjątkowo agresywnie; zacisnął ręce na jej szyi i zsunął nastolatce bieliznę. Specjalistyczne analizy medyczne odrzuciły możliwość odbycia pełnego stosunku, lecz na brzuchu ofiary odnaleziono nasienie. Organy ścigania przyjęły tezę, że przestępca próbował wykorzystać ofiarę, a kiedy spotkał się ze zdecydowanym oporem dziewczynki, zamordował ją w przypływie złości, zanim osiągnął swój cel. Rozszarpana odzież i liczne obrażenia ciała potwierdzały niezwykle brutalną walkę o życie.
Morderca pozostawał bezkarny przez piętnaście lat, mimo zaangażowania potężnych sił policyjnych. Przełom nastąpił dopiero pod koniec lipca 2026 roku, gdy organy ścigania aresztowały podejrzewanego Michała S. 37-latek przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu, jednak konsekwentnie milczał podczas przesłuchań i odmówił odpowiedzi na zadawane pytania. Grozi mu wyrok dożywocia, a tymczasowo skierowano go na gruntowne badania psychiatryczne. Kluczem do rozwikłania sprawy stał się profil genetyczny wprowadzony do bazy przez dalekiego krewnego zatrzymanego. Na podstawie zawiłego drzewa genealogicznego kryminalni wytypowali Michała S., mieszkającego w 2011 roku w tej samej części Gdyni. Po zatrzymaniu wymuszono od niego materiał do testów, a podwójna niezależna ekspertyza udowodniła w 100 procentach jego zgodność z kodem DNA zabezpieczonym przed laty na ciele Izabeli.
„- To było jak wielka układanka. Zajęło nam to dwa lata -” opowiadała Marta Sobota na antenie Radia Eska. „– Ta osoba, która przekazała swój materiał, krewny podejrzanego, wyraziła zgodę na to, by jej profil mógł być porównywany w sprawach kryminalnych. To nie jest tak, że policja ma do tego automatyczny dostęp. To jest dobrowolny wybór tych osób. Oczywiście nikt się z nimi później nie kontaktuje, do analizy potrzebna jest jedynie informacja, ile DNA dana osoba dzieli z nieznanym sprawcą. To jest tylko liczba, nic więcej, w aktach sprawy nie pojawiają się żadne nazwiska, te osoby pozostają całkowicie anonimowe –” podkreśliła ekspertka. Michał S. założył własną rodzinę i przez lata grał rolę wzorowego obywatela, publikując w sieci relacje z zawodów sportowych i rodzinnych wakacji. Z jednej strony zdobywał medale w biegach, z drugiej obsesyjnie śledził informacje o nowych technologiach w kryminalistyce, zupełnie jakby wyczuwał zacieśniającą się wokół niego policyjną pętlę.
Dawid Mirkowski skazany za zabójstwo na Nowym Świecie
W połowie 2026 roku zakończyła się sprawa jednej z najgłośniejszych zbrodni warszawskich. Do masakry doszło w długi weekend majowy, w nocy z 7 na 8 maja 2022 roku na deptaku Nowego Światu. Kiedy pijani mężczyźni zaczęli rzucać kostkami lodu w przypadkowe kobiety, 29-letni gitarzysta Maciej H. kulturalnie stanął w ich obronie. Został natychmiast zaatakowany, a w trakcie potyczki sprawca zadał mu śmiertelne rany kłute. Resztkami sił młody muzyk doczołgał się do witryny pobliskiego sklepu, gdzie wykrwawił się niemal natychmiast. Początkowo policja ujęła Sebastiana W. i Łukasza G., którzy otrzymali prawomocnie siedem lat za sam udział w bójce skutkującej zgonem. Obaj mieli już rozległą przeszłość kryminalną. Na głównego podejrzanego wytypowano byłego zawodnika MMA, nieskaranego wcześniej Dawida Mirkowskiego. Zabójca posłużył się dowodem brata i zbiegł na teren Turcji. Zatrzymano go ostatecznie wiosną 2023 roku, a w grudniu przeprowadzono procedurę ekstradycji z powrotem do warszawskiego aresztu.
W toku procesu przed stołecznym sądem ujawniono brutalne fakty dotyczące tragicznej majówki. 23-letnia przyjaciółka ofiary przypomniała, że muzyk stanął w jej obronie tuż po incydencie. „- Wywiązała się kłótnia. W pewnym momencie przerodziła się w bójkę trzech osób przeciwko jednej osobie. Dalej udało się agresorom zapędzić Maćka w róg bramy i zwalić go z nóg. Był kopany po głowie i brzuchu –” mówiła. Dopiero reakcja świadków przepędziła oprawców. „- Widziałam, jak krew leci mu po plecach. Ktoś zaprowadził go do sklepu monopolowego. Wszedł tam i upadł –” dodała. Kasjer sklepowy wspominał wezwanie służb i wsparcie przechodzącej lekarki, ale kiedy ratownicy wynosili mężczyznę, miał on już kompletnie siną twarz. Prokurator Szymon Banna argumentował w maju 2026 roku, że wina dawnego zawodnika sztuk walki nie budzi wątpliwości. „- Wyraźnie widać, kiedy doszło do uderzenia Macieja. Widać, jak Dawid sięga do kieszeni po nóż -” dowodził na bazie kadrów z monitoringu. Nagrania zarejestrowały serię pchnięć stalowym ostrzem. „- Pokrzywdzony wierzgał nogami, walczył o życie -” tłumaczył. „- Oskarżony miał najdłuższy kontakt z ofiarą, był najbardziej agresywny i przylegał do ciała pokrzywdzonego podczas zajścia, które przypominało raczej „karczemną burdę”, a nie walkę -” podsumował prokurator Banna. Skazany próbował umniejszać winę: „- Maciej nie zmarł od mojego ataku, a od ran nożem –”. Oskarżony bagatelizował ciosy, kłamiąc, że zostawił żywą ofiarę. Świadkowie całkowicie obalili jego wersję. Podczas całego procesu mężczyzna odznaczał się skandaliczną arogancją, puszczał oko do obecnych na sali znajomych i nigdy nie przeprosił. Podczas gdy obrona domagała się wręcz uniewinnienia, argumentując, że nóż jest niewidoczny na filmie, oskarżyciele wykazali moment dobycia sprężynowego ostrza ze spodni zabójcy.
Wyrok zapadł 9 czerwca 2026 roku, gdy stołeczny wymiar sprawiedliwości ostatecznie orzekł winę Dawida Mirkowskiego i wlepił mu wyrok ćwierćwiecza za kratami. Oprócz tego nałożono na niego obowiązek zrekompensowania rodzinie zamordowanego strat w wysokości 100 tysięcy złotych. „- Wyrok jest sprawiedliwy, dlatego że absolutnie oddaje po pierwsze ideę sprawiedliwości, a po drugie jest osadzony w realiach niniejszej sprawy. Sąd, jak usłyszeliśmy w ustnych motywach orzeczenia, bardzo szczegółowo przeanalizował każdy element, każdy materiał dowodowy, nawet najdrobniejszy –” ocenił prokurator Michał Gołda. „- To zdarzenie spowodowało ogrom cierpienia. To cierpienie będzie zawsze, bo wspomnienia pozostaną. Mimo że wyrok, który został wydany, jest wyrokiem surowym i sprawiedliwym, to poczucie krzywdy pozostanie. To uczucie straty po bliskiej osobie również –” skomentowała mecenas wspierająca rodzinę muzyka.
Orzeczenie zapadłe w połowie 2026 roku wciąż figuruje w rejestrach jako nieprawomocne. Obrońcy byłego wojownika MMA niemal na pewno zaskarżą decyzję sądu, co przeniesie ciężar rozpraw do wyższej instancji sądowej. Do czasu prawomocnego zamknięcia procedury apelacyjnej, wciąż obowiązują ustalenia z pierwszego etapu procesu.
Sprawa Mateusza H. i morderstwa Wiktorii z Bytomia
Zakończył się ostatecznie głośny proces w sprawie zabójstwa 18-letniej Wiktorii z Bytomia. 11 sierpnia 2023 r. nastolatka spędzała wolny czas na mieście. Nad ranem następnego dnia, 12 sierpnia, stawiła się na katowickim przystanku komunikacji miejskiej, aby wrócić do swojego mieszkania. Wtedy zwrócił na nią uwagę obcy 19-latek, Mateusz H., który rozpoczął konwersację. Choć nie jest jasne, jakich dokładnie argumentów użył młody mężczyzna, udało mu się całkowicie zmienić plany dziewczyny. Oboje wsiedli do autobusu jadącego do Radzionkowa, a nie do Bytomia, i udali się do lokalu wynajmowanego przez sprawcę na ulicy Kużaja. Według nieoficjalnych relacji medialnych, w mieszkaniu sprawca zmusił nastolatkę do stosunku seksualnego. Jak ustalili potem medycy sądowi, chłopak brutalnie wykorzystał ofiarę, po czym, gdy ta zapadła w sen, zaciśnął na jej krtani znalezioną linkę i udusił. Zbrodniarz dokonał tego błyskawicznie; zaskoczona we śnie 18-latka nie miała żadnych szans na podjęcie fizycznej obrony.
Ciało zaginionej odnaleziono niemal błyskawicznie, bo już niespełna dobę po zgłoszeniu, w sobotnie popołudnie. Poinformowani rodzice dokonali najgorszej możliwej identyfikacji. Morderca, przebywając w wynajmowanym lokalu w Radzionkowie, wykonał telefon na numer alarmowy, oświadczając dyspozytorowi o uduszeniu kobiety i swoich planach samobójczych. Po tym telefonie służby momentalnie rozpoczęły przeczesywanie terenu. Widok, jaki śledczy zastali w radzionkowskim mieszkaniu, przyprawiał o dreszcze. Zamordowana Wiktoria leżała upchnięta wewnątrz wielkiego worka, szczelnie owinięta folią stretchową, a sprawca dla zatarcia śladów zapuścił pakunek pianką montażową. 19-latek wymknął się zanim zjawił się jakikolwiek patrol. Dodatkowo uśpił czujność bliskich. „Dzień dobry, nazywam się Mateusz. Wiktoria jest u mnie, niedługo wróci do domu” – tak brzmiała fałszywa wiadomość tekstowa, którą oprawca napisał tuż po zbrodni z telefonu dziewczyny do jej zatroskanej matki.
Farsa z ukrywaniem się młodego mordercy dobiegła końca już w niedzielę wczesnym rankiem. Funkcjonariusze zlokalizowali poszukiwanego na radzionkowskich ogródkach działkowych, po czym momentalnie nałożyli mu kajdanki. Mateusz H. błyskawicznie przyznał się do zamordowania nastolatki, powołując się na rzekomy rozkaz wewnętrznego głosu podszeptującego mu makabryczne czyny. Oskarżony symulował nawet żal tłumacząc, że gdyby posiadał możliwość cofnięcia czasu, z pewnością wycofałby się z tej zbrodni. Ostateczny epilog tej straszliwej zbrodni miał miejsce 27 maja 2026 roku, kiedy sędziowie Sądu Apelacyjnego w Katowicach zatwierdzili wymiar kary dla bezwzględnego zabójcy.
Sąd utrzymał surowe postanowienie pierwszej instancji, wymierzając Mateuszowi H. karę bezwzględnego dożywotniego więzienia za brutalny gwałt i pozbawienie życia. Uznano ponadto, że po spędzeniu minimalnie 40 lat za kratami, zbrodniarz nie wyjdzie na wolność, lecz trafi bezpośrednio za bramy zamkniętego ośrodka psychiatrycznego. „– Sąd nie uwzględnił apelacji obrony. Linia oskarżonego polegająca na twierdzeniu, że odbył on stosunek płciowy z pokrzywdzoną już po jej śmierci jest sprzeczna z ustaleniami, jakie w swej opinii przedstawili biegli. Ich zdaniem obrażenia, jakie miała pokrzywdzona, musiały powstać podczas stosunku jeszcze za jej życia. Opinia biegłych jest kompletna i wyczerpująca, biegli nie mają co do tego żadnych wątpliwości –” tłumaczył swoją decyzję katowicki sędzia Aleksander Sikora, miażdżąc w ten sposób manipulacje zatrzymanego mordercy.
Sędzia orzekający nie pozostawił w uzasadnieniu suchej nitki na działaniach Mateusza H., potwierdzając, że młoda dziewczyna padła ofiarą bestialskiej zachcianki tego człowieka. Sam skazany nie krył podczas śledztwa, że od pewnego czasu pragnął pozbawić kogoś życia, a kwestię wyboru przypadkowej ofiary na przystanku rozwiązał zwykły rzut monetą. Zdaniem sądu wiek przestępcy w ogóle nie usprawiedliwiał złagodzenia sankcji. Najwyższy stopień izolacji i brak szansy na warunkowe wyjście przed 40. rokiem odsiadki stanowi jedyną metodę na izolowanie go od obywateli. Decyzja o ewentualnym pobycie na oddziale zamkniętym wynikała wprost z dogłębnych badań klinicznych potwierdzających skrajne skłonności sadystyczne mordercy, co bezpośrednio przekładało się na gigantyczne zagrożenie społeczne z jego strony.
„- W ocenie prokuratury wyrok jest słuszny. Sąd w pełni podzielił naszą apelację. Z uwagi na ciężar gatunkowy przestępstwa, które oskarżony popełnił, kara dożywotniego więzienia z możliwości przedterminowego zwolnienia po 40 latach jest kara sprawiedliwą. Środki zabezpieczające, które orzeczono, będą mogły być wykonywane dopiero po odbyciu kary, czyli co najmniej po 40 latach –” komentowała ten prawomocny już werdykt prowadząca śledztwo Barbara Wilmowicz, pracująca w Prokuraturze Rejonowej w Tarnowskich Górach.
Finał radzionkowskiej makabry relacjonowały niemal wszystkie krajowe stacje. Kulisy myśli zbrodniarza ujrzały światło dzienne w marcu 2026 roku, po odczytaniu kompleksowych opinii zebranych przez biegłych psychiatrów. Lekarze bez najmniejszych wątpliwości przypisali 19-latkowi mroczny sadyzm. Przewód sądowy bezbłędnie potwierdził, że mord bytomianki nie był tragicznym zbiegiem okoliczności czy nagłym wybuchem złości, a wyrachowanym realizowaniem chorej satysfakcji. Ze względu zbezczeszczenie zwłok 18-latki, przedstawiciele organów sprawiedliwości jednogłośnie orzekli o przyznaniu mu najpotężniejszego wyroku obowiązującego aktualnie w strukturach kodeksu karnego.
Mateusz H. spędzi najprawdopodobniej całe swoje życie za żelaznymi kratami celi, a decyzja Sądu Apelacyjnego ma charakter całkowicie i niezaprzeczalnie prawomocny.