Krzysztof strzelał do rodziny, bo zabronili mu grilla. Wyszedł ze szpitala i zrobił kolejną awanturę

Spokojna ulica w Rybniku zamieniła się w prawdziwe pole bitwy. 54-letni Krzysztof W. zabarykadował się w budynku i zaczął strzelać zarówno do swoich bliskich, jak i interweniujących funkcjonariuszy. Mężczyzna został zatrzymany dopiero po szturmie oddziału antyterrorystycznego. Chociaż ranił kilka osób ze swojego otoczenia, nigdy nie odpowiedział za to przed sądem.

Strzelanina w Rybniku. Krzysztof W. chwycił za broń

Sobota 28 sierpnia 2010 roku na zawsze zapisała się w pamięci bliskich Krzysztofa W. jako dzień absolutnego horroru. Tego dnia po godzinie 14 mężczyzna wrócił do miejsca zamieszkania pod wyraźnym wpływem alkoholu. Dla domowników nie było to wielkim zaskoczeniem, ponieważ mimo opinii przykładnego męża i ojca, 54-latek od dawna zmagał się z problemem alkoholowym, co rodziło ciągłe napięcia pod wspólnym dachem.

Kilkanaście minut później wybuchła potężna kłótnia, wywołana pomysłem W. o zaciągnięciu kolejnego kredytu pod zastaw nieruchomości. Bliscy stanowczo się sprzeciwili, znając jego gigantyczne zadłużenie. Prawdziwe piekło rozpętało się jednak w momencie, gdy mężczyzna zapragnął zorganizować biesiadę przy grillu ze swoimi kompanami od kieliszka. Żona Iwona kazała mu natychmiast położyć się do łóżka ze względu na jego stan. Słysząc to, mężczyzna wpadł w furię, krzycząc, że „nikt go nie będzie ustawiać w jego domu”. Następnie wyjął z ukrycia pistolet i bez wahania pociągnął za spust kierując lufę w stronę domowników.

Akcja policji w Rybniku. Kule dosięgły żonę i mundurowego

Przerażający bilans ataku rósł z minuty na minutę, a rany postrzałowe odnieśli: małżonka napastnika, jego teściowie Irena i Jan O., szwagier Ireneusz O., sąsiadka Joanna S. oraz jeden z policjantów. Teść sprawcy zdołał uciec z pułapki i osobiście zaalarmować pobliską jednostkę policji. Pojawienie się radiowozów nie ostudziło zapału furiata, który kontynuował ostrzał nawet w momencie, gdy sam otrzymał postrzał od mundurowych.

Interwencja pierwszych patroli pozwoliła ewakuować z budynku część osób, jednak policjanci musieli ostatecznie zarządzić odwrót i wezwać na pomoc antyterrorystów, ponieważ agresor nie składał broni. Krzysztof W. strzelał między innymi do przybyłej karetki pogotowia, dziurawiąc opony pojazdu, co całkowicie zablokowało możliwość szybkiego transportu rannych do placówki medycznej.

Kiedy niedługo po godzinie 15 na ulicę Braci Nalazków dotarli doskonale wyposażeni antyterroryści, rozpoczęły się negocjacje. Wewnątrz budynku znajdowali się już tylko dwaj synowie napastnika, których traktował jak zakładników. Przełom nastąpił godzinę później, gdy 54-latek zdecydował się kapitulować. Wyszedł na zewnątrz, prowadząc przed sobą swojego 11-letniego syna Kacpra, po czym natychmiast został otoczony i obezwładniony przez służby.

Okazało się, że w trakcie dramatycznych wydarzeń poważnych obrażeń szczęki doznał drugi, 15-letni syn sprawcy, Kamil, którego przez przypadek trafił policyjny pocisk.

Krzysztof W. nie trafił do więzienia. Decyzja prokuratury po strzelaninie

Zarówno poszkodowani, jak i sam agresor błyskawicznie trafili pod opiekę lekarzy i wymagali hospitalizacji. Finalnie atak nie przyniósł ofiar śmiertelnych, chociaż stan zdrowia żony i szwagra oceniano jako bardzo ciężki ze względu na mnogie rany postrzałowe.

Po wytrzeźwieniu furiat stanął przed prokuratorem, gdzie usłyszał cztery zarzuty: usiłowania zabójstwa krewnych oraz interweniujących policjantów, posiadania nielegalnego arsenału i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa na osoby postronne. Strzelec został natychmiast aresztowany w oczekiwaniu na proces.

Ten jednak nigdy nie doszedł do skutku, ponieważ ekspertyza psychiatryczna wykazała całkowitą niepoczytalność Krzysztofa W. w chwili pociągania za spust. Na podstawie opinii biegłych zdecydowano o umieszczeniu go na leczeniu w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

Krzysztof W. wrócił ze szpitala w Toszku. Wyrok w sprawie odszkodowania

Mężczyzna trafił na leczenie do placówki w Toszku, skąd po sześciu latach wypisano go jako osobę wyleczoną. Jego powrót do Rybnika szybko zakończył się kolejnym incydentem, gdy pijany znowu pojawił się w domu przy ul. Braci Nalazków i wszczął awanturę. Tym razem skutki nie były aż tak tragiczne, policja zareagowała błyskawicznie i mężczyzna ponownie wylądował w szpitalu, który ostatecznie opuścił w 2021 roku.

Z kolei bliscy napastnika wytoczyli proces policji, domagając się 295 tysięcy złotych zadośćuczynienia za ranę 15-letniego Kamila. Sąd przychylił się do ich stanowiska, zasądzając na rzecz poszkodowanego chłopaka 150 tysięcy złotych wraz z należnymi odsetkami.

Pokój Zbrodni - Hubert B. i śmiertelne potrącenie w Krakowie

ROLKI